Wokół książek

Uśmiechy Syzyfa

  • autor
  • Ryszard Koziołek
Zapytany o kwestie, które przegapili lub zlekceważyli komentatorzy jego twórczości, Camus wymienił jedną. Humor.
rysunekAnna Pągowska

Pewnego październikowego dnia 1932 roku Jean Grenier, nauczyciel filozofii w liceum Bugeauda w Algierze, powiedział do żony po powrocie do domu: „Poznałem dziś niezwykle obiecującego młodego człowieka. Nazywa się Albert Camus”. Uśmiechamy się, czytając to zdanie, ponieważ wiemy coś, czego nie wie pan Grenier: jak wspaniała przyszłość czeka jego ucznia. Nasz uśmiech rozkwita na kojącym poczuciu, że wartość człowieka może jednak zostać rozpoznana na czas i nie musi on czekać na pośmiertną sławę. Że mimo powszechności absurdalnych przypadków życie ma sens. Lub przynajmniej zdarzają się mądrzy nauczyciele. Dobre życie Alberta Camusa uzasadnia uśmiech, ale jego twórczość? Nie bardzo.

Dla uproszczenia i bez zbędnej buchalterii – sprowadźmy pisarstwo Camusa do pięciu powieści (Śmierć szczęśliwa, Obcy, Dżuma, Upadek, Pierwszy człowiek), pięciu dramatów (Bunt w Asturiach, Kaligula, Stan oblężenia, Nieporozumienie, Sprawiedliwi) i pięciu tomów ważnych esejów (Dwie strony tego samego, Mit Syzyfa, Listy do przyjaciela Niemca, Człowiek zbuntowany, Lato). Razem z kluczowymi pojęciami jego filozofii życia zaangażowanego – jak „absurd”, „bunt”, „śmierć”, „samotność”, „filozoficzne samobójstwo”, „zaangażowanie polityczne”, „wina bez nadziei odkupienia”, „rozpacz”, „bezzasadny heroizm” – uświadamiają, że nie pisał komedii. A jednak pytany przez Jeana-Claude’a Brisville’a w 1959 roku o kwestie, które przegapili lub zlekceważyli komentatorzy jego twórczości, Camus odpowiedział: „Humor”. 

Zaskakująca uwaga, choć biografowie i towarzysze życia Camusa są zgodni: uwielbiał dowcipkować, robić żarty, śmiać się i okazywać radość. A zarazem śmiech żywego Camusa nie dobiega z jego pisarstwa, które wydaje się śmiertelnie poważne. Może więc istotnie coś przegapiliśmy? Szybko wertuję zapamiętane książki: Obcy? – nie, tam nikt się nie uśmiecha. Dżuma? O dziwo lepiej, wyszukiwarka pokazuje ponad sześćdziesiąt dowodów. Istna kraina uśmiechu ten zadżumiony Oran. Na dodatek w czwartym zeszycie Notatników, gdzie zapisywał pomysły i zadania pisarskie, znajdujemy lakoniczny wpis: „Komizm dżumy?”. Upadek – uśmiechów brak, za to śmiech straszny, bezosobowy nieustannie unosi się nad głową Jean-Baptiste Clamence’a. Słusznie zatem ciągnie nas Camus do rzadko odwiedzanej, humorystycznej strefy swego dzieła. Czyżby pod maską egzystencjalisty, którym nie chciał być, skrywał się wesołek? 

Utrwalone twarze Camusa nie mówią za wiele. W czasach analogowej fotografii człowiek miał czas przygotować swój wizerunek. Popatrzmy na dwa słynne portrety autorstwa Henriego Cartiera-Bressona. Pierwsze zdjęcie z 1944 roku pokazuje mocny lewy profil, wesołe oczy i uśmiechnięte usta z papierosem w prawym kąciku. Ma na nim dopiero trzydzieści lat, zakola, odstające uszy, ale wygląda doskonale, świadomy, że przyciąga uwagę i że jego atrakcyjność jest zwielokrotniona podobieństwem do Humphreya Bogarta, Jamesa Deana i Clarka Gable’a. Lekko zgarbione ramiona okrywa gruby płaszcz z gabardyny z podniesionym kołnierzem. Znajomi wspominają, że był swobodny i towarzyski, podobał się kobietom i dbał o garderobę niczym dziewiętnastowieczny dandys. Nosił świetnie dobrane garnitury, krawaty i kapelusze. Potwierdza to drugie zdjęcie, zrobione dziesięć lat później, prawdopodobnie w wydawnictwie Gallimarda, o czym świadczą jednorodne grzbiety książek na półkach. Znów jest w płaszczu, tym razem w jasnym prochowcu, pod którym widać wełnianą marynarkę, koszulę z kołnierzykiem na guziki i ciemny krawat. Przypomina bardziej polityka niż pisarza. Tak samo zmarszczone czoło, roześmiane oczy i ten sam, choć bez papierosa, uśmiech. Właśnie! Uśmiech, a nie śmiech. 

Wpatrując się w te zdjęcia, zdałem sobie sprawę z nieoczywistego podobieństwa oblicza Camusa do twarzy Fernandela. Najsłynniejszy przed Jeanem-Paulem Belmondem brzydal wśród francuskich aktorów nie odbiega bardzo fizjonomią od przystojniaka Camusa. Ale w jego otwartych ustach czai się groźba, jak u warczącego drapieżnika. Oczy są enigmatyczne, bardziej zimne i cwane niż uśmiechnięte. Twarz się śmieje bardziej z nas niż do nas, a duże, mocne zęby odsłonięte aż po dziąsła są najważniejszym znakiem różnicy między śmiechem a uśmiechem. Różnicy, która nareszcie prowadzi nas do sedna Camusowskiego humoru. 

Meursault, bohater Obcego, wybiera się z dziewczyną do kina na komedię. „Spytałem, czy chciałaby pójść wieczorem do kina. Znowu się zaśmiała i odrzekła, że ma ochotę obejrzeć film z Fernandelem”. Waga kinowego epizodu rośnie wraz z akcją powieści. Dla Meursaulta „film był miejscami komiczny, ale doprawdy zbyt głupi. Jej udo stykało się z moim. Pieściłem jej piersi. Pod koniec seansu pocałowałem ją, ale jakoś niezręcznie. Po kinie przyszła do mnie”. W dalszej części powieści Meursault dokonuje przypadkowego zabójstwa anonimowego Araba. Nie ukrywa tego, nie czuje skruchy, obojętnie poddaje się wyrokowi. Camus wynalazł bohatera, którego zbrodnia zdaje się nie mieć żadnej motywacji – nie wynika z koloru skóry, pozycji społecznej, patologicznego zachowania. Wobec tej nieprzeniknioności śmiech stanie się dowodem jego moralnej degeneracji, uczuciowego chłodu. W oczach sądu śmiech z komedii w dzień po śmierci matki stanowi dowód winy, którą wydobędzie proces. Przesłuchiwana Maria wyzna, że byli z Meursaultem w kinie na komedii z Fernandelem, co skwapliwie wykorzysta prokurator: „Sędziowie przysięgli, ten człowiek nazajutrz po śmierci matki zażywał kąpieli, nawiązał nielegalny stosunek i poszedł się pośmiać na komiczny film. Nie mam nic więcej do powiedzenia”.

Czytelnik wie, że Meursault się nie śmiał, a jednak w oczach sądu śmiać się musiał, skoro oglądał Fernandela. Niedoszły śmiech z komedii zaprowadzi go na szafot. Śmiech bądź uśmiech zaskakująco często sąsiaduje u Camusa ze śmiercią, jak choćby w znamiennej scenie Dżumy, gdy na samym początku epidemii Bernard Rieux spotyka chłopca, który uśmiechem kwituje dywagacje Cottarda o rozwoju epidemii:

A zresztą, jeżeli umrze dziesięciu ludzi, to szczyt wszystkiego. Nie tego nam trzeba. 

Motor już warczał. Rieux trzymał rękę na przełączniku biegów. Ale spojrzał znów na dziecko, które, spokojne i poważne, nie spuszczało z niego oczu. I nagle, zupełnie nagle, dziecko uśmiechnęło się pokazując wszystkie zęby. 

Teraz już widzę w tej twarzy zęby Fernandela odsłonięte w upiornym śmiechu.

W prozie i dramatach Camusa toczy się swoisty konflikt między afektami radości, których wyrazem jest uśmiech i śmiech. O co chodzi w tym konflikcie? Dlaczego śmiech ma taką mroczną aurę?

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl