Studium

Przekleństwo wiecznych wakacji

  • autor
  • Andrzej Krajewski
Od dwustu lat większe obawy budzi nie to, że ludzie muszą długo i ciężko pracować, lecz co zrobią, gdy zostanie im dane zbyt wiele wolnego.
rysunekPiotr Kowalczyk

Kiedy dzieci się nudzą, mogą zrobić krzywdę sobie lub co najwyżej kilkorgu rówieśnikom. W przypadku dorosłych problem nabiera innej skali. Zbyt wiele wolnego czasu grozi pokusą zagospodarowania go systematyczną autodestrukcją lub zafundowaniem otoczeniu zniszczenia na skalę całych narodów. Do takiego wniosku prowadzi obserwacja społeczeństw, w których wykształciły się elity mogące sobie pozwolić na nieustające wakacje zapełnione bezproduktywnymi rozrywkami. Katolicki filozof Peter Kreeft twierdzi nawet, że źle spożytkowany czas wolny wiódł do upadku całe cywilizacje, na czele z Imperium Rzymskim. W książceChristianity for Modern Pagans(Chrześcijaństwo dla współczesnych pogan) w połowie lat 90. ubiegłego stulecia zauważył, że slogan „dla każdego coś miłego” dominował „kiedy umierał Rzym – dekadencki, wyrafinowany, sceptyczny, relatywistyczny, znużony, znudzony i rozwiązły, zjeżdżający w dół własnego, błotnego osuwiska utworzonego z duchowych odpadów”. Niezwykle mocno kojarzyło mu się to ze współczesnością. Amerykańska historyczka Barbara Tuchman doszła do podobnych wniosków, szukając przyczyn wybuchu pierwszej wojny światowej. Parło do niej młode pokolenie, a zwłaszcza jego najlepiej wykształcona część. Nie doświadczyło ono okropieństw konfliktu zbrojnego na własnej skórze, a jednocześnie nie bardzo potrafiło wypełnić sobie wolny czas czymkolwiek interesującym. „Badania przeprowadzone we Francji w 1913 roku w środowisku studentów wykazały, że słowo «wojna» wywiera urok, który: «stale ożywia odwieczny instynkt wojowniczy w duszy człowieka»” – zapisała Tuchman wWyniosłej wieży. 

Jednak nigdy w przeszłości nie musiano się mierzyć z problemem powszechnych wakacji. Może on dotknąć nie tylko elit bądź wybranych grup, lecz całego społeczeństwa. To bezprecedensowe zagrożenie zdaje się czyhać już za progiem, za sprawą ekspansji robotów oraz sztucznej inteligencji. Wedle coraz liczniejszych prognoz, w tym raportu zaprezentowanego przez McKinsey & Company we wrześniu ubiegłego roku, w nieodległej przyszłości prawie połowa amerykańskich i europejskich miejsc pracy zostanie zautomatyzowanych. Zniknie wiele zawodów. Wprawdzie na ich miejsce powstaną inne, bardziej specjalistyczne profesje, ale całe grupy społeczne przestaną być komukolwiek potrzebne. Systemy opieki socjalnej mogą je uchronić od życia w skrajnej nędzy, lecz nie zagwarantują sensownego zajęcia. A przecież niewiele jest rzeczy, które od dwustu lat bardziej przerażają elity, niż myśl, co może się stać ze społeczeństwem, kiedy nagle przytrafi mu się zbyt długi okres nieróbstwa. 

 


„piekło to nieustającewakacje – trwający wiecznie stan, w którym nie ma nic do zrobienia, za to jest wiele pieniędzy, które się na to wydaje” – tak definiował przerażającą wizję pośmiertnych mąk George Bernard Shaw. Nadmiar wolnego czasu zaczął się kojarzyć z piekielną nudą zamożniejszym Europejczykom ledwie sto lat przed narodzinami irlandzkiego dramaturga. Według badaczki literatury czasów nowożytnych Patricii Spacks samo pojęcie nudy pojawiło się w powszechnym użyciu w drugiej połowie XVII wieku. „Pierwszy cytat pochodzi z prywatnego listu z roku 1768, w którym hrabia Carlisle wyraża współczucie wobec «przyjaciół z Newmarket, których zanudzą ci Francuzi»” – opisuje profesor Spacks w pracyBoredom: The Literary History of a State of Mind(Nuda. Literacka historia stanu umysłu). Zetknięcie się z nudą zaszokowało ludzi. Cała dziewiętnastowieczna literatura pełna jest relacji stanów znudzenia dotykających arystokratów. Z drugiej strony olbrzymie rzesze ludzi zupełnie straciły czas wolny. A wszystko z winy rewolucji przemysłowej.

Za jej sprawą nastąpił bezprecedensowy napływ ludności wiejskiej do miast. W ciągu XIX stulecia odsetek ludzi zamieszkujących metropolie wzrósł w Anglii z trzydziestu do ponad siedemdziesięciu procent. Takie same zmiany, choć nieco wolniej, następowały we Francji, w Niemczech oraz innych krajach Starego Kontynentu. Przytłaczająca większość migrantów z terenów wiejskich pracę znajdowała w fabrykach. To radykalnie zmieniało cały rytm ich życia. Dla robotników normą stała się praca od dwunastu do szesnastu godzin na dobę, zaś jedynym dniem wolnym (też nie zawsze) pozostała niedziela. „Wcześniej rytm życia i pracy ludzi wyznaczały wschody i zachody słońca, teraz życie w ciągle rosnących miastach zaczęły determinować zegary i syreny fabryczne” – zauważył celnie niemiecki architekt Fritz Schupp, który zaprojektował sześćdziesiąt dziewięć fabryk. Uchwycona prawidłowość dotyczyła nie tylko robotników, lecz także tych mieszczan, którzy przestali parać się rzemiosłem i handlem, a zajęli biznesem na wielką skalę. Chęć bogacenia się oraz afirmacja pracowitości przyniosła pierwszemu pokoleniu burżuazji radykalne ograniczenie czasu wolnego. 

rysunekPiotr Kowalczyk

W tych okolicznościach na wakacje od obowiązków mogła sobie pozwalać tylko arystokracja. Z racji odziedziczonych majątków jej przedstawiciele, jeśli nie mieli ochoty, nie musieli pracować. Czymś jednak potrzebowali wypełnić swoje życie, ratując się przed nudą. Polowania, bale, przyjęcia i wizyty w teatrze cieszyły, lecz z czasem przestały wystarczać. Po epoce wojen napoleońskich Europę nawiedziła plaga pojedynków. W obronie urojonego honoru posiadacze „błękitnej krwi” upuszczali jej przez całe XIX stulecie szablami, rapierami, szpadami lub pistoletami. Nie pomagało wprowadzanie przez kolejne państwa drakońskich kar za udział w tej rozrywce. Mniej krwiożerczym arystokratom pozostała melancholia, tak popularna za sprawą poezji romantycznej, i nowe trendy w modzie męskiej. 

To, co z arystokracją wyczyniał nadmiar wolnego czasu, przerażało pierwsze pokolenie ciężko pracującej burżuazji. Nie krytykowała ona zamożności, lecz to, w jaki sposób pożytkowano dzięki niej czas. Gdy bogactwo prowadziło do „próżniactwa, lenistwa i do kultu rzeczy sprawiających przyjemność. Powinno być natomiast środkiem tworzenia dla siebie i dla innych nowych obszarów pracy i nowych postaci aktywności” – podkreślał Max Weber w klasycznej pracyEtyka protestancka a duch kapitalizmu.

 


„w new lanarkchciałem zmienić warunki życia ludzi, w jakich oni żyli i w których kształtowały się ich charaktery” – zapisał w autobiografii Robert Owen. W administrowanych przez siebie od 1800 roku zakładach tekstylnych w szkockim New Lanark Owen gwarantował robotnikom: dziewięcioipółgodzinny dzień pracy, godziwe zarobki, czas wolny i ubezpieczenia na wypadek choroby. Kiedy w innych fabrykach zaczęły wybuchać bunty eksploatowanych po szesnaście godzin dziennie pracowników, o eksperymencie walijskiego przedsiębiorcy zrobiło się głośno w całej Europie. Przez kilkanaście lat New Lanark odwiedziło ponad dwadzieścia tysięcy przemysłowców, polityków, dziennikarzy i ludzi kultury. Mimo że goście widzieli słuszność postulatów Owena, dopiero wielki ruch czartystowski zmusił brytyjski parlament, żeby w 1847 roku skrócił dzień pracy w przemyśle do dziesięciu i pół godziny. Dla milionów ludzi z uboższych warstw społecznych oznaczało to, że pierwszy raz w swym dorosłym życiu mają trochę wolnego czasu. Ten fakt mocno zaniepokoił brytyjską burżuazję, obawiającą się o kręgosłupy moralne robotników. 

Na kartach monumentalnejHistorii życia prywatnegopod redakcją Michelle Perrot przedstawiono proces dojrzewania fabrykantów do przekonania, że muszą być dla innych grup społecznych drogowskazem, jak uczynić swe życie lepszym. Tworzono więc specjalne szkoły dla robotników uczące ich, …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

  Tekst ukazał się w ósmym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (8/2018)  pod tytułem "Zmagania z czasem wolnym".

FreshMail.pl