Reportaż

Wychowałam dziewiętnaścioro dzieci

  • autor
  • Łukasz Pilip
rysunki Piotr Kowalczyk
A wie pan, jak mniejsze dzieci tłumaczyły kolegom, kim dla nich jestem? Mamą nieprawdziwą.

Akurat rozścieliłam koc przed pensjonatem, położyłam się i podziwiałam Tatry. Żeby być bliżej świata, wzięłam radio. Szlaki odpuściłam. Wystarczy, że tego dnia w góry poszła moja koleżanka z córką. Tak sobie więc odpoczywałam i skakałam po częstotliwościach. Zatrzymałam się na wywiadzie z dyrektorem SOS Wioski Dziecięcej w Biłgoraju.

Nie wiedziałam, co to. 

Ale dyrektor opowiadał ciekawie. Właśnie czekał na pierwszych mieszkańców – samotne kobiety i osierocone dzieci. Mieli za chwilę przyjechać. Stworzyć rodziny. Choć w zasadzie już stworzyli, wcześniej, na kolonii integracyjnej w Szklarskiej Porębie. Tam się dobierali. Jeśli malucha ciągnęło do którejś kobiety, zostawał jej wychowankiem. 

Tak, część kandydatek odpadła, przestraszyła się. 

Potem usłyszałam zdania, które wywróciły mi życie do góry nogami: 

 Mamy piętnaście domów – ciągnął dyrektor – a stworzyliśmy tylko dziewięć rodzin. Potrzebujemy matek. Sześciu. Ale bezdzietnych, samotnych. Czekamy! 

Proszę pana, jak ja to usłyszałam… Tyle szukałam własnego miejsca na świecie, a ono odezwało się do mnie. Nawet spełniałam wymagania. Dwadzieścia siedem lat. Ani dziecka, ani partnera. 

Dziennikarz podał kontakt. Towarzystwo Przyjaciół Dzieci w Zamościu, zanotowałam. Koleżanka? Nie powiedziałam jej. Wróciłam do Gdańska, do domu. Natychmiast napisałam list. Że ja, Danuta Ulidowicz, zgłaszam się na mamę zastępczą. 

Był sierpień 1983 roku. Odpowiedź dostałam po miesiącu. 

 


całe moje życie, zanim wysłałam tamten list, było ucieczką. 

Wychowywałam się w Jaworzynie Śląskiej. Denerwowało mnie miasto i dom. Ten domowy porządek. I rodzice decydujący za mnie. Tata wymarzył, bym została pielęgniarką. Spróbowałam. W szkole pielęgniarskiej wytrzymałam rok. Udawałam, że chodziłam na zajęcia, a tak naprawdę zwiedzałam osiedla. Po czasie wyszło na jaw. Tata wparował do mojego pokoju i bez złości rzucił:

– Zabrać twoje papiery ze szkoły?

– Tak. 

Co dalej? Na pewno nie matura. Jeszcze trafiłabym do biura, została księgową jak tata. Zdziwi się pan, ale wybrałam zawodówkę, profil stolarski. Zbijałam stoły, szafy, łóżka. Pociągał mnie zapach drewna i fizyczna praca. Zdałam egzamin, zatrudniłam się w fabryce mebli w Świdnicy. Wreszcie pożegnałam Jaworzynę!

Poczekałam, aż tata wyjechał do sanatorium. Wtedy spakowałam manatki i zwiałam.

Na krótko. Praca na akord i małe zarobki – to nie dla mnie. Zwolniłam się. Tata podłamany. Nie krytykował. Zamiast tego rzucał znakami zapytania: – Co chcesz w życiu robić? Masz plany? 

Miałam, ale były moją tajemnicą. Od jakiegoś czasu wertowałam ogłoszenia w gazetach. Tam znalazłam ofertę przędzalni czesankowej z Jeleniej Góry, gdzie robiło się włóczki. Poczekałam, aż tata wyjechał do sanatorium. Wtedy spakowałam manatki i zwiałam. W drzwiach powiedziałam mamie: – Tu nie ma dla mnie miejsca. 

Odważnie jak na dwudziestojednolatkę.

Zatrudniłam się, wynajęłam pokój, zasuwałam na dziale wstępnej obróbki. Bałam się wracać do domu. Do mamy telefonowałam z poczty. Nie denerwowała się, próbowała mnie zrozumieć, sporo rozmawiałyśmy. Tata? Milczał. 

Włóczki dawały wolność. Dopiero po dwóch latach miałam dość. W snach jak Syzyf: toczyłam pod górę coś przypominającego kotły. Zrezygnowałam. 

– Czego szukasz? Wracaj do domu – powtarzali rodzice. 

A ja dalej swoje. Ponownie ogłoszenia. I ponownie anons, tym razem Stoczni Gdańskiej. Spakowałam gazetę, wsiadłam do pociągu, pojechałam w ciemno. Pani z sekretariatu zaskoczona. Spytała, czy jestem sama. Załatwiła mi robotę. I pokój z czterema pracownicami stoczni. 

Ależ byłam szczęśliwa. Nie robiłam w jednym miejscu. Statki się zmieniały, a ja obszywałam przewody okrętowe. Poznałam mistrza pracy, starszego pana, który był dla mnie jak tata. Zwierzyłam się mu, że niedawno pojechałam na urlop w góry, usłyszałam o wiosce SOS, napisałam list i nie dostałam odpowiedzi. – Nie odpuszczaj – polecił. Wróciłam więc do domu, zadzwoniłam do wioski. Odebrała psycholożka rekrutująca matki. 

– Wiadomo, kiedy będzie decyzja? Chciałabym coś wiedzieć. Jestem na rozdrożu. 

– Biłgoraj, poniedziałek, ósma rano. Zapraszam na rozmowę. 

 


skąd przyszły wioski sos?Z Austrii. Ich ojcem był Hermann Gmeiner. Wychowywał się bez matki, zastępowała ją jego starsza siostra. Brał udział w drugiej wojnie światowej. Największe wrażenie wywarł wtedy na nim los sierot. Aby im pomóc, po powrocie z frontu założył Stowarzyszenie Wiosek. Pierwszą wybudował w 1949 roku w Imst. Został jej dyrektorem, a mieszkańcami – osierocone dzieci i samotne kobiety. Dlaczego nie wybrał mężczyzn? Nie było ich, większość zginęła na wojnie. 

rysunki Piotr Kowalczyk

Potem rozszerzył działalność. Założył biuro generalne w Strasburgu i do roku 1986 – roku śmierci Gmeinera – w osiemdziesięciu sześciu krajach powstały dwieście trzydzieści trzy wioski, w tym pierwsza w Europie Wschodniej – w Biłgoraju. Utrzymywały się z dotacji państwowych, zagranicznych, prywatnych sponsorów i darowizn ludzi. Większość funkcjonowała podobnie: od dwunastu do czternastu domów, w każdym matka i kilkoro wychowanków w pieczy zastępczej. Kobiety otrzymywały wynagrodzenie. Zostawały prawnymi opiekunami dzieci, często nadawały im własne nazwiska. Miały wsparcie pedagogów, różne wytyczne jak wychowywać. Dzieci nie miały kontaktu z rodzinami biologicznymi. Takie rozwiązanie podpowiadała ówczesna pedagogika. 

 


było niedzielne popołudnie,późna jesień. Pierwsze wrażenie wioski? Szaro i brzydko. Ani drzew, ani trawy. Żadnego placu zabaw. Budynki gołe. I tu żyją dzieci? 

„Córeczko”, „syneczku”? Nigdy. Dyrekcja nazywała ich wychowankami. Albo „dziczą mongolską”. Bo byli z rodzin alkoholowych, po różnych przejściach.

Minęłam bramę, weszłam na jakiś plac, rozejrzałam się. W domach ciemno. Tylko w jednym światło i otwarte drzwi. Zapukałam, przyznałam, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Dobrze trafiłam. To był dom A., matki SOS. Dała łóżko. Kolację. Przy stole opowiadała: – Też przeżywałam przyjazd. W domach jeszcze leżał gruz. Dyrekcja uważała, że jak posprzątamy z dziećmi, to będziemy mieć darmową integrację.

„Córeczko”, „syneczku”? Nigdy. Nazywała ich wychowankami. Albo „dziczą mongolską”. Bo byli z rodzin alkoholowych, po różnych przejściach. Czasem brali rozbieg, walili głową w ścianę i lecieli dalej. Nie wierzyłam jej. Widziałam dzieciaki. Jakie? Normalne. Rozmawiały ze mną. 

Po kolacji odpoczywałam w pokoju gościnnym. Stało tam tylko łóżko, bo dom jeszcze niewykończony. Przed snem pomyślałam: „Skoro A. wytrzymuje, to ja nie dam rady?”. 

Gorzej następnego dnia. Z nerwów nie tknęłam śniadania. Kombinowałam, jak poprowadzić rozmowę rekrutacyjną. Głupia, wybrałam szczerość. Poszłam do biura, a tam dyrektor, pedagog, psycholog. Ten ostatni dociskał: 

– Oczekuje pani wdzięczności od dzieci?

– Dobrze by było. 

– Mają być wdzięczne, bo pani do nich przyszła? 

– Nie wiem. Ale w razie problemów skorzystam z pomocy bardziej doświadczonych matek. No i państwa. Jesteście profesjonalistami. Pomożecie? 

– Tak, tak. Ale z dziećmi będziemy sporadycznie. A pani przez cały czas. Wytrzyma pani? 

– Czas pokaże. 

Dociekał jeszcze, czy można mi wierzyć. Czy udźwignę odpowiedzialność. Zarzucał, że mam tylko dwadzieścia sześć lat. Na koniec kazał jechać do Gdańska i czekać. Później dowiedziałam się, że po rozmowie konsultował się z dyrektorem. Wątpili we mnie. Stwierdzili, że nawet jeśli zostanę matką, to prędko zrezygnuję. 

Też wątpiłam. Wróciłam do stoczni, przeprowadziłam się, zamieszkałam sama. Po kilku miesiącach, w styczniu, puk, puk. Niezapowiedziana wizyta pracowników wioski: dyrektor, psycholog i kierowca. Jeździli po Polsce, robili wywiady środowiskowe, sprawdzali, czy kandydatki się nie rozmyśliły. 

Ja? Nieugięta. Chciałam matkować. Dostałam zaproszenie na kurs. Ruszał już w lutym, trwał trzy miesiące. Po zakończeniu mogłam zostać mamą. Był tylko jeden problem. Kandydowało ponad dwadzieścia kobiet. Miejsc było sześć. 

 


pech chciał,że wydłużyły się prace na statku.Urlop dostałam dopiero siódmego lutego. Przyjechałam spóźniona. 

W Biłgoraju już wszystkie kobiety zajęły domy numer jeden i dwa. Zamieszkałam więc sama w dwupiętrowej czwórce, wybrałam pokój matki. Wiedziałam, że to ten, bo stało łóżeczko dla najmniejszego dziecka. Tak, poczułam się rodzicem. Pierwszy raz w życiu. Zna pan to uczucie? Że ktoś pana potrzebuje? Że gdzieś pan przynależy? 

Kurs miał dwie części. 

Teoria: spotkania z terapeutami, psychologami, pedagogami, matkami SOS. I rozmowy o dzieciach, bo my, kandydatki, głowiłyśmy się, co zrobimy, gdy kiedyś odezwą się rodziny biologiczne. Nic, wyjaśniały matki, tych kontaktów nie ma, dzieci u nas zaczynają nowe życie. Nie ma? Myślałam, że korzeni się nie odcina. 

Praktyka: szkolenie z gotowania. I jednodniówki w domach – na jeden dzień zostawałyśmy ciociami. Zastępowałyśmy matki, które wreszcie się wysypiały albo szły do miasta. Część z nich jednak kontrolowała. Ostrzegały: – Dzieci kłamią. Nie wierzcie im. Bzdury! Ufałam wychowankom. 

Do momentu, aż zaczęli mnie testować. Ola bajerowała, że nie ma nic zadane. Marzenka grała wesolutką, choć zdradzały ją smutne oczy. Monika nikomu nie wierzyła, a na pytania odpowiadała: – Co cię to, kurwa, obchodzi? 

No i Dominik. Wściekł się, gdy czegoś mu zabroniłam. – Wyprowadzam się! Nie mogę tu wytrzymać! – zagroził i uciekł. 

Wtedy pomyślałam: „dziecko jest jak balon. Ciągle chce więcej. Trzeba mu pozwolić zdobywać teren, ale ostrożnie. Inaczej balon wybuchnie”.

Ja zdezorientowana. Na teorii jeszcze nie mówili o sytuacjach kryzysowych. Gonić go? Zatrzymać siłą? To kawał chłopa. Na szczęście drzwi były przeszklone. Widziałam, jak doszedł do końca ścieżki i stanął. Uspokoiła mnie Gosia, jego siostra. Położyła mi rękę na ramieniu. 

– Ciocia się nie martwi. Mamie też tak robi. 

Wyszłam po niego, usiedliśmy na stopniu. 

– Czemuś się tak zachował? 

– Bo wszyscy mi coś każą. Nic nie mogę. Chcę na rower!

– Ale nie masz karty rowerowej. Chodź, naszykowałam stół, zjemy i pogadamy. 

Po posiłku wyciszył się, porozmawialiśmy. Wtedy pomyślałam: „dziecko jest jak balon. Ciągle chce więcej. Trzeba mu pozwolić zdobywać teren, ale ostrożnie. Inaczej balon wybuchnie”. 

Każda dniówka kończyła się naradą kandydatek. Plotkowały. Relacjonowały przygody z domów. I coraz bardziej rywalizowały. 

Ja nie. Byłam tym zmęczona, uciekałam na spacer – w pola albo do miasta. Po trzech miesiącach zebrałyśmy się w biurze. Dyrektor zapraszał po jednej osobie. 

Wyszła pierwsza: – Nie będę matką, tylko ciocią. Dobre i to. 

Druga: – …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Imiona dzieci i niektóre szczegóły z ich życia zostały zmienione. Reportaż ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (01/2019) pod tytułem Dom przy Zielonej.

FreshMail.pl