Esej

Znaki wybuchowe

  • autor
  • Ryszard Koziołek
Choć nikt nie jest wynalazcą nienawistnej mowy, człowiek wypowiadający rasistowską obelgę jest za nią odpowiedzialny. „Słowa wchodzą w kończyny, rzeźbią gesty, zginają plecy”.
rysunekPiotr Kowalczyk

W 2012 roku przed wejściem na stadion PGE Arena w Gdańsku ustawiono tablicę informującą, czego nie wolno wnosić na trybuny. Wśród obrazków, przedstawiających między innymi serpentyny, wskaźniki laserowe oraz zwierzęta, znajduje się przekreślony banan. Fani grupy Monty Pythona westchnęli pewnie z rozrzewnieniem na ten widok, ucieleśnienie proroczych wizji wspaniałej piątki komików. Nielicznym nieświadomym wyjaśniam, że mowa o słynnym skeczu Lekcja samoobrony, w którym John Cleese szkoli kolegów w zakresie obrony przed napastnikiem uzbrojonym w banana. Jednak nie, w tym wypadku nie chodzi o dowcipną aluzję. Podobnie myliliby się ci, którzy na widok banana na tablicy stadionowej mogliby pomyśleć, że znalazł się tam z powodu swojej śliskiej skórki, która – porzucona w przejściu albo na murawie – mogłaby przyczynić się do kontuzji kibica lub zawodnika. Zgłoszony przez dyrektora odpowiedzialnego za bezpieczeństwo na terenie obiektu wniosek wykluczenia bananów ze stadionu Lechii nie był wcale wyrazem troski o bezpieczeństwo fizyczne zawodników. Zagrożona boiskowym bananem była ich godność. Nie wszystkich, rzecz jasna – jedynie tych czarnoskórych.

Banan rzucony pod nogi człowieka o ciemnej skórze przestaje być owocem, nie zmienia się też w śliską pułapkę. Staje się wypowiedzią, czytelną dla większości jako rasistowska obelga, znak, który krzywdzi, stygmatyzuje, sprawia ból, upokarza, głęboko dotyka, rani. Czy aby nie przesadzamy? Wszak to tylko banan, a nie pięść, nóż, kij bejsbolowy czy maczeta. Po tym jak w kwietniu 2012 roku w trakcie meczu Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław kibice rzucali bananami w stronę Abdou Razacka Traoré i Deleu, dotknięty Traoré mówił, że nigdy nie spotkało go coś podobnego. Deleu przyznawał, że kiedy poleciały w jego kierunku banany, było mu przykro, ale zakazu nie rozumie – bo czemu niby dziecko nie może podczas meczu zjeść banana?

 


dlaczego banan nie może być bananem, być bananem, być bananem? Rzucony na boisko uruchamia łańcuch skojarzeń: banan, małpa, czarnoskóry, aktywując rasistowski stereotyp tkwiący w umysłach kibiców. I choć fizycznie nie może nikogo skrzywdzić, jednak generuje przemoc i wyrządza krzywdę. Tak właśnie o działaniu pewnych znaków mówimy – że krzywdzą, sprawiają ból, dotykają, poniżają, wykluczają, uderzają. Choć wiadomo, że adresat konkretnych słów i obrazów nie poniósł żadnego uszczerbku na ciele, to jednak kiedy ofiara, mówiąc o swoich odczuciach, używa metafor cielesnej krzywdy – wierzymy jej. Czy to wystarczy, aby wypowiadających takie słowa ścigać podobnie jak sprawców fizycznej napaści? Czy sąd ma potraktować atak znakiem tak samo jak atak uzbrojoną ręką? Jak wyodrębnić wypowiedzi naprawdę krzywdzące, oddzielić je od tych tylko kontrowersyjnych?

Działaniu pewnych znaków mówimy – że krzywdzą, sprawiają ból, dotykają, poniżają, wykluczają, uderzają. Choć wiadomo, że adresat konkretnych słów i obrazów nie poniósł żadnego uszczerbku na ciele.

Sporządzenie listy znaków przeklętych, zakazanych przez prawo – czy to powszechne, czy tylko stadionowe – nie wystarcza. Kreacyjny żywioł żywej mowy, także w zakresie mowy krzywdzącej, jest niemożliwy do powstrzymania. Sędzia, który ma dokonać kwalifikacji „mowy nienawiści”, rozgląda się za czymś w rodzaju „podręcznika dla spowiedników”, a jako że nie dysponuje zbiorem wypowiedzi zabronionych, dokonuje arbitralnego rozstrzygnięcia. Arbitralnego, mimo że każdy wie, iż umieszczony na pomniku w Jedwabnem napis „byli łatwopalni” nie jest aluzją do piosenki Jacka Cygana, ale profanacją miejsca zagłady, krzywdzącą tych, którzy przeżyli, i poniżającą tych, którzy zostali spaleni w stodole. Słowa i inne znaki umieszczone w pewnych kontekstach sytuacyjnych nabierają właściwości wybuchowych; absorbują niszczącą energię, która gromadzi się wokół nich przez lata lub nawet wieki. Nie da się stworzyć skończonej listy „wybuchowych słów”. Potencjalnie każde może okazać się odnalezionym niewybuchem, który w dowolnej chwili eksploduje.

W filmie Trzy billboardy za Ebbing, Missouri Mildred Hayes (Frances McDormand), której córkę zgwałcono, a później spalono jej zwłoki, wynajmuje – w obliczu bierności policji – powierzchnię trzech billboardów, na których na czerwonym tle każe umieścić napisy prostą, czarną czcionką:

„1. raped while dying
(umierała gwałcona)

2. and still no arrests
(i wciąż nikogo nie aresztowano)

3. how come chief willoughby
(czemu, szeryfie Willoughby)”.

Napisy nikogo nie atakują, nie są obelżywe, nie ujawniają niczego skrywanego. Opisują w lapidarnych zdaniach stan faktyczny. A jednak są nie do zniesienia. Nie tylko dla policjantów, ale również dla większości mieszkańców, którzy wcześniej szczerze współczuli Mildred, a teraz zaczynają jej nienawidzić. Słowa są nadal tylko znakami, a jednak stają się w dziwny sposób odczuwalne, napierają na świadomość nie poprzez swój sens, ale jak obdarzone energią rzeczy; jakby przekształciły się w działające przemocowo obiekty. Na czym polega owa tajemnicza zdolność transmutacji słów w czyny?

 


językoznawcy od dawna interesowali się zagadkowymi właściwościami pewnych wypowiedzi, które potrafią działać, a nie tylko znaczyć. Przełomowa dla zrozumienia tego zjawiska okazała się niewielka rozprawa How to do things with words (1962) Johna L. Austina. Austin (1911–1960) był angielskim filozofem języka, badającym przede wszystkim język mówiony. Po odejściu z armii wrócił do Oxfordu, gdzie pracował już wcześniej, i objął stanowisko profesora filozofii moralnej w kolegium Corpus Christi. Do legendy przeszły słynne „Sobotnie Poranki Austina”, podczas których zaproszeni koledzy i studenci przy herbacie i drożdżówkach dyskutowali na temat rozmaitych zwrotów językowych. Problem działających słów, „słów-czynów”, zajmował Austina już przed wojną, a w Oxfordzie prowadził wykład pod tytułem Słowa i czyny. Przełomowy dla jego kariery był wyjazd do Stanów Zjednoczonych i wykłady na Harvardzie (William James Lectures), które stały się podstawą rozprawy będącej dziś klasyką językoznawstwa: Jak działać słowami.

Tak narodziła się jedna z najważniejszych koncepcji w historii filozofii języka: „teoria aktów mowy”. Opiera się ona na oburzającej z pozoru tezie, że większość słów i zdań, które wypowiadamy, wcale nie służy nam do ustalania prawdy, adekwatnego opisu rzeczywistości czy jak najlepszego komunikowania się. Po co zatem, według Austina, mówimy? Otóż głównie – jak podpowiadają pewne zwroty językowe – żeby „robić sceny”, „odgrywać przedstawienia”, „wystawiać sobie coś” (staropolskie: „wystaw sobie waćpan” albo śląskie „wyforsztelować sobie coś”, od niemieckiego Vorstellung – prezentacja, widowisko). Uprawiamy więc swoisty teatr mowy, wcale nie rzadko i odświętnie; jest to funkcja mowy będąca w powszechnym użyciu, niezależna od wykształcenia, posługujemy się nią bezwiednie, po prostu żyjąc w kulturze danego języka.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl