Wersja audio
Latem 2019 roku w japońskim oddziale firmy Microsoft przeprowadzono projekt Work Life Choice Challenge pod hasłem: „Pracuj krócej, wypoczywaj, ucz się”. Jego celem było sprawdzenie, w jaki sposób wyrównanie balansu pomiędzy życiem osobistym a zawodowym wpłynie na samopoczucie, koncentrację i kreatywność pracowników, a w efekcie – na ich wydajność. Eksperyment objął 2300 osób, którym zaproponowano na miesiąc wolne od pracy piątki bez obniżania wynagrodzenia. Oddział sfinansował też dla nich projekty edukacyjne, subsydiował ich rodzinne wyjazdy turystyczne oraz zachęcał do większej aktywności społecznej w czasie wolnym.
Cele projektu udało się osiągnąć z nawiązką. Zaobserwowano wzrost produktywności oddziału o 40 procent, o jedną czwartą spadła liczba wniosków o zwolnienie chorobowe. Większa wydajność pracy przełożyła się na obniżenie zużycia prądu przez firmę o jedną piątą, a liczba zadrukowanych stron w biurze spadła o prawie 60 procent. Czas spotkań skrócił się niemal o połowę, jako że dużo częściej spotykano się w gronie ściśle zaangażowanym w daną sprawę. Aż 92 procent objętych eksperymentem pracowników zadeklarowało swoje zadowolenie oraz chęć dalszej pracy w zmienionym trybie. Brzmi wspaniale, prawda?
Pilotaż ten przeprowadzono jednak w specyficznych warunkach kulturowych. Japończycy są jednym z najciężej pracujących narodów na świecie – rocznie pracują średnio 1738 godzin, czyli mniej więcej o jedną czwartą więcej niż Niemcy (choć wciąż krócej niż Polki i Polacy z imponującą średnią 2028 godzin). W ostatnich dekadach temat przepracowania Japończyków podnosiły na forum między innymi Międzynarodowa Organizacja Pracy i Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Jedną z przyczyn wywołania tematu do tablicy było rozpowszechniające się w Japonii zjawisko karōshi – tak zwanej śmierci z przepracowania.
Problem ten nie dotyczy jednak wyłącznie Japończyków. Według szacunków WHO w 2016 roku w wyniku przepracowania doszło do 745 tysięcy nadmiarowych zgonów na świecie. Niespełna 400 tysięcy osób zmarło z powodu udaru mózgu, a kolejne 350 tysięcy przez z problemy z sercem. Jak wskazują badacze z WHO, odsetek śmierci spowodowanych pracą powyżej pięćdziesięciu pięciu godzin tygodniowo wzrósł w latach 2000–2016 prawie o połowę. W tym samym czasie światowy produkt krajowy brutto (PKB), który miał przecież zagwarantować postęp na wszelkich możliwych polach, niemalże się podwoił.
Japoński przykład dobrze pokazuje dominujący problem, z jakim mierzymy się w kontekście dyskusji o skracaniu czasu pracy. Eksperymenty w tym zakresie wciąż w większości pozostają zaledwie ciekawostką, w najlepszym razie nieśmiałym impulsem do powolnego wprowadzania drobnych zmian. Jak zauważyli autorzy raportu podsumowującego japoński eksperyment, korzyści płynące ze skrócenia czasu pracy mogły być jednak tymczasowe. Na podstawie tak cząstkowych danych nie sposób stwierdzić, czy wzrost wydajności utrzymałby się, gdyby wolne piątki stały się obowiązującym w firmie standardem. Wyniki mogły również częściowo wynikać z tego, że pracownicy zdawali sobie sprawę, iż są obserwowani, a ich wydajność badana. W efekcie, pomimo obiecujących rezultatów, w japońskim Microsofcie wciąż pracuje się w trybie pięciodniowym, choć firma ogłosiła, że będzie dalej testować rozwiązanie czterodniowe.
Od eksperymentów do trwałych przeobrażeń wiedzie długa droga, której przejście blokują nie tylko warunki gospodarcze, ale również (jeśli nie zwłaszcza) ugruntowane przez kapitalizm przekonania na temat etosu pracy i mechanizmów postępu. Główne pytanie brzmi zatem, czy – a jeśli tak, to kiedy – zdołamy te przeszkody pokonać, i czy widać w ogóle jakąś metę.
Eksperymenty na żywym organizmie
Nieformalnym centrum eksperymentów ze skracaniem czasu pracy stało się szwedzkie miasto Göteborg. Od 2003 roku wpływ krótszych zmian na wydajność pracowników testuje tam między innymi centrum serwisowe Toyoty. Dwadzieścia lat temu szwedzki oddział mierzył się z popytem, któremu nie był w stanie sprostać. Pracownicy regularnie wyrabiali nadgodziny, a mimo to czas oczekiwania na naprawy potrafił przekraczać kilka tygodni. Zamiast rozbudować warsztat, co spowodowałoby jeszcze większy tymczasowy zastój, oddział zdecydował się skrócić czas pracy swoich trzydziestu sześciu pracowników do sześciu godzin dziennie, bez obniżania ich wynagrodzeń.
Do uzupełnienia ciągłego trybu pracy zatrudniono nowe osoby na czwartą zmianę. W efekcie wydłużono godziny otwarcia serwisu, a firma zanotowała czternastoprocentowy wzrost wydajności w porównaniu z pracą w trybie trzyzmianowym, wliczywszy w to koszty zatrudnienia dodatkowych pracowników. Szef oddziału, Martin Banck, wśród korzyści z podjętych wówczas decyzji wymieniał zwiększenie poziomu zadowolenia swojej kadry, spadek liczby błędów popełnianych podczas pracy, większe przywiązanie pracowników do miejsca pracy, a przez to niższą rotację kadry (co zaowocowało kolejną oszczędnością).
Serię podobnych eksperymentów przeprowadzono w ostatniej dekadzie w szwedzkich ośrodkach ochrony zdrowia, głównie w przychodniach i szpitalach. Najgłośniejszy z nich miał miejsce w domu opieki Svartedalen’s w Göteborgu, w którym na prawie dwa lata skrócono czas pracy siedemdziesięciorgu pracownicom i pracownikom do sześciu godzin dziennie. Zatrudnieni deklarowali, że podczas pracy w krótszym trybie poprawiła się ich jakość życia, rzadziej też korzystali ze zwolnień chorobowych. Prawie dwukrotnie wzrosła przy tym liczba organizowanych przez nich aktywności dla pacjentów ośrodka, twierdzili, że mają więcej energii i uważności przy wykonywaniu swoich obowiązków. Miało to jednak – w przeciwieństwie do oddziału Toyoty – wysoką cenę. Pierwszy osiemnastomiesięczny etap eksperymentu kosztował 12 milionów koron (a więc około 6 milionów złotych). I to na ten aspekt przede wszystkim zwracają uwagę przeciwnicy podobnych projektów w Szwecji, w której temat powraca w debacie publicznej od lat. Maria Rydén, pielęgniarka i była radna miejska Göteborga, kilka lat temu przewodziła kampanii przeciwko rozszerzaniu zakresu takich eksperymentów, zwracając uwagę na ich wysokie koszty. „Nie wolno płacić ludziom za to, że nie pracują” – komentowała sprawę. W wyniku społeczno-politycznych nacisków, pomimo poprawy jakości usług, eksperyment w domu opieki Svartedalen’s zakończył się powrotem do ośmiogodzinnego trybu pracy.
Jedne z najobfitszych we wnioski eksperymenty z tego zakresu przeprowadzono jednak w Reykjaviku. W latach 2015–2019 zorganizowano tam dwa pilotaże, w ramach których skrócono czas pracy w sektorze publicznym do trzydziestu pięciu lub trzydziestu sześciu godzin tygodniowo, odpowiednio dostosowując do nowego trybu godziny otwarcia placówek i nie obniżając przy tym żadnych wynagrodzeń. Eksperyment objął 2500 pracowników zatrudnionych między innymi w urzędach, szpitalach i przedszkolach, czyli dotyczył ponad jednego procenta całej islandzkiej siły roboczej. Wyznaczono również grupę kontrolną, z którą porównywano osiągane rezultaty. W wyniku skrócenia czasu pracy o zaledwie godzinę dziennie zaobserwowano wyraźny wzrost produktywności. Poprawiła się też jakość życia pracowników, spadł deklarowany poziom stresu. Objęci eksperymentem mieli więcej czasu na hobby i spotkania z przyjaciółmi, a dodatkowym pozytywnym efektem ubocznym był wzrost poziomu partycypacji mężczyzn w obowiązkach domowych.
Skrócenie czasu pracy nie jest postulatem, który ma prowadzić do urzeczywistnienia marzenia o wielkim powszechnym lenistwie. Jest raczej próbą powrotu do rozważań o dobrym życiu na własnych warunkach, w mniejszym stopniu skrępowanym hierarchiami pracy najemnej.
Choć standardowy tydzień pracy w Islandii wynosi w teorii czterdzieści godzin, badania ankietowe Eurostatu wskazują, że Islandczycy są jednym z najciężej pracujących narodów w Unii Europejskiej. Według deklaracji pracują średnio czterdzieści trzy i pół godziny tygodniowo. Z tego względu, zdaniem autorów raportu podsumowującego islandzki eksperyment, pilotaż był „wielkim sukcesem”, a skracanie czasu pracy powinno stać się „priorytetową strategią rządu”. Gdy w połowie 2021 roku opublikowano wyniki eksperymentu, krótszy czas pracy był już istotnym elementem umów negocjowanych przez islandzkie związki zawodowe. Jak wskazują autorzy raportu z think tanku Autonomy, 86 procent islandzkich pracowników ma dziś zagwarantowane prawo do krótszego czasu pracy (od trzydziestu dwóch do trzydziestu ośmiu godzin tygodniowo).
Eksperymentów tego rodzaju przeprowadzono w ostatniej dekadzie setki w różnych częściach świata – zwykle w niewielkiej skali, w obrębie jednego zakładu pracy, obejmując średnio od kilkunastu do kilkudziesięciu pracowników. – Dotychczasowe badania wskazują jednak przeważnie, że skracanie czasu pracy nie ma wpływu na jej efekty. Potwierdzają raczej, że pracownicy są w stanie wykonać tę samą pracę w krótszym czasie. To zaskakujące i nieintuicyjne – mówi Jakub Sawulski, ekonomista związany z Polskim Instytutem Ekonomicznym. – Z jednej strony trzeba pamiętać, że eksperymenty te dotyczyły głównie pracowników umysłowych. W branżach zdominowanych przez pracowników fizycznych, gdzie efekty pracy są proporcjonalnie zależne od ilości poświęconego czasu, wyniki takich pilotaży mogłyby być zupełnie inne. Z drugiej strony coraz więcej prac fizycznych wykonują za nas maszyny, a świat ludzkiej pracy zmierza w kierunku wzrostu udziału prac umysłowych. Wraz z postępowaniem tego procesu korzyści związane ze skracaniem tygodnia pracy będą się więc zwiększały.
W tym sensie współczesna debata nad skracaniem czasu pracy wydaje się nie tylko szczególnie aktualna, ale też zmusza nas do przemyślenia na nowo, czym właściwie jest sama praca. Nie definiują jej bowiem wyłącznie czynności, które wykonujemy, ale stosunki społeczne i warunki, w jakich znajdujemy się podczas ich podejmowania. Praca odbywa się przede wszystkim w określonych relacjach władzy i hierarchii. W większości przypadków – z przyczyn ekonomicznych – jest narzędziem przetrwania. Obejmuje ją konkretna umowa, w ramach której przysługują nam pewne prawa oraz w której zobowiązujemy się do oddania w okresowy monopol naszego czasu. W końcu za pytaniem stawianym nowo poznanym osobom: „Czym się zajmujesz?” tak naprawdę stoi pytanie: „Jak i komu sprzedajesz swój czas?”. A ponieważ monopol ten jest coraz silniej obecny w naszym życiu wraz z rozprzestrzeniającą się plagą nadgodzin i uelastyczniania rynku pracy (a więc często też pozbawiania coraz większej rzeszy pracowników niezbędnych praw pracowniczych, takich jak choćby prawo do urlopu), praca w świecie późnego kapitalizmu coraz częściej staje się esencją życia i podstawą tożsamości. W tym świetle skrócenie czasu pracy nie jest – podobnie jak debata o wprowadzeniu bezwarunkowego dochodu podstawowego [o której pisał w pierwszym numerze „Pisma” Jędrzej Malko – przyp. red.] – postulatem, który ma prowadzić do urzeczywistnienia marzenia o wielkim powszechnym lenistwie. Jest raczej próbą powrotu do rozważań o dobrym życiu na własnych warunkach, w mniejszym stopniu skrępowanym hierarchiami pracy najemnej.
Piętnastogodzinny tydzień pracy?
Marzenia o krótszym czasie pracy nie są oczywiście niczym nowym. W 1930 roku John Maynard Keynes, jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, wygłosił w Madrycie odczyt zatytułowany Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków. W swojej futurystycznej refleksji wybiegł sto lat naprzód, do świata początku XXI wieku. Świata, jak twierdził, ośmiokrotnie bogatszego, w którym praca stanie się towarem deficytowym. Keynes wieszczył bowiem, że wraz z przyspieszającym rozwojem gospodarczym w naszych czasach podejmowana będzie raczej z wyboru niż z przymusu, a standardem stanie się piętnastogodzinny tydzień pracy. Tym samym – jak to ujął Keynes – „po raz pierwszy od chwili stworzenia człowiek będzie musiał zmierzyć się ze swoim prawdziwym, niezmiennym problemem – jak korzystać ze swojej wolności od palących trosk ekonomicznych, jak spędzać wolny czas” [przeł. Anna Kucharczyk]. Z perspektywy współczesnego świata, w którym – jak przekonuje Bartosz Paszcza w eseju w kwartalniku „Pressje” – pracujemy ciężej niż kiedykolwiek wcześniej, takie prognozy budzą w najlepszym razie ironiczny uśmiech.
Wizja przyszłości Keynesa wynikała jednak z przekonania, że na początku XXI wieku „problem ekonomiczny może zostać rozwiązany lub będzie bliski rozwiązania”. Problemem ekonomicznym nazywano wówczas trapiącą człowieka od stuleci kwestię niedoboru, jako że to właśnie niedobór stanowił centrum zainteresowania ówczesnej ekonomii i to o nim mówi używana do dziś definicja tej dyscypliny, zaproponowana przez brytyjskiego ekonomistę Lionela Robbinsa. Rozwiązanie problemu ekonomicznego oznaczałoby więc dotarcie do miejsca, w którym będziemy w stanie zaspokoić pragnienia każdego człowieka. Keynes zdawał sobie przy tym sprawę z tego, że ludzkie pragnienia mogą się jawić jako wiecznie nienasycone, dlatego wyróżniał ich dwie kategorie – potrzeby bezwzględne (takie jak potrzeba zaspokojenia głodu czy pragnienia) i względne (takie jak chęć posiadania najnowszego modelu telefonu). Jego zdaniem postęp technologiczny i wzrost gospodarczy, którego miała doświadczyć ludzkość w XX wieku, powinny być w stanie zaspokoić wszystkie bezwzględne potrzeby ludzi, pozostawiając nielicznym zainteresowanym licytację o dobra statusowe, takie jak większe domy, ładniejsze samochody czy kolejne odrzutowce.
Próbując przekroczyć jeden problem za pomocą rosnącej produkcji i konsumpcji, natknęliśmy się na drugi, który doprowadził nas na skraj katastrofy ekologicznej.
W podobnych barwach widział przyszłość futurysta i pisarz science fiction Isaac Asimov. Gdy w 1964 roku redakcja „New York Timesa” poprosiła go o opisanie wizji świata za pięćdziesiąt lat, wieszczył, że „ludzkość będzie cierpieć z powodu nudy, choroby rozprzestrzeniającej się z roku na rok i coraz bardziej brzemiennej w skutki. Będzie to miało poważne psychologiczne, emocjonalne i społeczne konsekwencje i nie waham się stwierdzić, że psychiatria stanie się najważniejszą dyscypliną medyczną w 2014 roku”. W jednym Asimov miał rację – psychiatria istotnie jest dziś jedną z najważniejszych dyscyplin medycznych. Rzecz jednak w tym, że nie z powodu powszechnej nudy, ale przemęczenia, stresu i epidemii depresji.
W ostatnim stuleciu gospodarka niedoboru zamieniła się bowiem w gospodarkę nadmiaru – przynajmniej dla tej części świata, którą ekonomia głównego nurtu zwykła się interesować. W efekcie coraz wyraźniej obserwujemy skutki istotnego dla nowoczesnej myśli ekonomicznej paradoksu: jednym z fundamentów ekonomii było przekonanie o ograniczonych zasobach, drugim wiara w to, że możemy przezwyciężyć niedostatek, korzystając z owoców nieskończonego wzrostu gospodarczego. Wzrostu, którego jak dotąd nie udało się oderwać od zużycia surowców i eksploatacji planety, czyli zasobów przyrody, które – jak wiemy – nieskończone nie są. Próbując przekroczyć jeden niedobór za pomocą rosnącej produkcji i konsumpcji, natknęliśmy się na drugi, który doprowadził nas na skraj katastrofy ekologicznej. Z tej perspektywy nie dziwi, że najszybciej rozwijającymi się dziś nurtami ekonomii są te próbujące pogodzić kapitalizm z ograniczeniami planetarnymi.
Ale i sam konsumpcjonizm, niezależnie od kwestii ekologicznych, nie dał nam spodziewanego szczęścia. Dokonał jednak czegoś innego: skutecznie zahamował trend skracania czasu pracy. Żeby więcej kupować, trzeba więcej produkować, a do produkcji niezbędna jest praca, o której końcu śnili nie tylko współcześni, ale i dwudziestowieczni futuryści. Aby zrozumieć zatem, dlaczego wizje te były tak powszechne i – co ważniejsze – dlaczego się nie spełniły, musimy odbyć podróż w przeciwnym kierunku niż Keynes czy Asimov i powrócić do Stanów Zjednoczonych lat 20. – miejsca i czasu, gdy toczyły się debaty polityczno-gospodarcze, które wyznaczyły kierunek rozwoju kapitalizmu na kolejne stulecie.
Nowa ewangelia konsumpcji
Keynes urodził się w 1883 roku, gdy standardem były jeszcze dwunastogodzinne zmiany w zakładach pracy. Kiedy pisał swój odczyt o przyszłości świata, powszechny był już tryb ośmiogodzinny, który w Stanach Zjednoczonych zyskiwał na popularności w latach 20. i 30. XX wieku (choć usankcjonowano go dopiero w 1938 roku na mocy Fair Labor Standard Act). Powszechna była co prawda praca w soboty, ale i tak dokonująca się za życia Keynesa zmiana tłumaczy po części jego przekonanie o tym, że czas pracy będzie się z biegiem lat wyłącznie kurczył.
Dwudziesty wiek, choć przełomowy, jeśli chodzi o postęp, nie oszczędzał jednak amerykańskiej gospodarki. Uważano wówczas, że kapitalizm ma naturę cykliczną – regularnie wpada w okresy nadprodukcji, które muszą skończyć się krachem. W obliczu kryzysu firmy starają się działać racjonalnie, więc obniżają produkcję i zwalniają pracowników. W konsekwencji zaczyna rosnąć bezrobocie. W ten sposób postępuje jednak katastrofa – zwalniając pracowników, pozbawia się wypłaty kolejnych potencjalnych konsumentów i raz jeszcze popyt w gospodarce się kurczy. To właśnie takim pełzającym ruchem pomiędzy czasami dobrobytu a recesjami porusza się przez naszą historię kapitalizm.
W latach 20. i 30. ścierały się dwie wizje tego, co robić, gdy gospodarkę dotyka kryzys, oraz jak zabezpieczyć się przed nim w przyszłości. Pierwsza z nich, ochrzczona przez dziennikarza i historyka Edwarda Cowdricka mianem „nowej ewangelii konsumpcji”, głosiła, że problem braku równowagi między popytem a podażą rozwiąże rosnąca konsumpcja.
Co prawda do kupowania nie da się nikogo zmusić, ale można zakupy promować. Wykorzystano w tym celu ekspertów od raczkujących wówczas dyscyplin, takich jak marketing i public relations. Elity biznesowe i przedstawiciele kultury mieli tworzyć trendy i pokazywać, jak należy w atrakcyjny sposób spędzać wolny czas. W machinie tej chodziło przede wszystkim o kreowanie potrzeb, które będzie można zaspokoić, wyłącznie kupując. Media zdominowała więc wizja coraz lepszego poziomu życia, związanego z jednej strony z rosnącą konsumpcją, a z drugiej – ze stabilnym zatrudnieniem, którego w świecie, w którym każdego roku chcemy kupować więcej, nie powinno zabraknąć dla nikogo.
Do takiej wizji postępu krytycznie podchodziły jednak liczne związki zawodowe. George Alger, zaangażowany w ruch pracowniczy prawnik z Nowego Jorku, przekonywał, że w ten sposób poświęcamy na ołtarzu wzrostu gospodarczego ludzką kreatywność i zdolność do wyrażania siebie. Ruch pracowniczy postulował więc, że narzędziem kontroli bezrobocia w czasach kryzysu mogłoby być skracanie czasu pracy. Jeżeli udałoby się wyznaczyć taki kierunek rozwoju gospodarczego, który skupiłby się na wytwarzaniu towarów odpowiadających na podstawowe potrzeby, przy jednoczesnym ograniczeniu nadwyżek produkcyjnych i towarów luksusowych, to okresy wysokiego, długotrwałego bezrobocia nie miałyby miejsca. Decyzje podejmował jednak wielki biznes, który kierując się przede wszystkim wizją zysku, wybrał drogę rozwoju konsumpcji. Drogę, z której konsekwencjami mierzymy się do dziś.
Przeciwko przemocy, korupcji i degeneracji
Brytyjski filozof, logik i matematyk, Bertrand Russell, w opublikowanym w 1932 roku eseju Pochwała lenistwa proponował, by wyobrazić sobie fabrykę szpilek, w której pracuje się osiem godzin dziennie. Pewnego dnia na rynku pojawia się wynalazek, który pozwala podwoić wydajność produkcji. Problem jednak w tym, że szpilki są tanie, a rynek nasycony; nie sposób więc przekonać konsumentów do kupowania dwa razy większej liczby szpilek niż wcześniej. „W świecie rozumnym – pisał Russell – każdy (…) zacząłby pracować cztery godziny zamiast ośmiu, a wszystko poza tym zostałoby po staremu” [przeł. Andrzej Dominiczak].
Ale w rzeczywistości nikt tak nie postępuje. Zmiany w fabryce pozostają ośmiogodzinne. Szpilek na rynku jest za dużo, więc część firm bankrutuje, a połowa osób zatrudnionych przy ich produkcji traci pracę. Ilość wykonywanej pracy pozostaje taka sama jak wtedy, gdy skrócilibyśmy zmiany o połowę, tyle że w tym modelu połowa pracowników nadal się przepracowuje, a druga połowa nie ma z czego żyć. Taką logiką biznes kieruje się do dziś.
Myśląc o dziewiętnastowiecznej pracy w fabrykach na dwunastogodzinnych zmianach, często przypisujemy skrócenie czasu pracy przede wszystkim postępowi technologicznemu. Sam rozwój technologii, choć ważny, to jednak za mało, by dokonała się tak duża zmiana – z czego sto lat temu powszechnie zdawano sobie sprawę. Podobnie jak z tego, że rynek sam z siebie nie doprowadzi do redukcji czasu pracy. Mogą tego dokonać wyłącznie wynegocjowane przez związki zawodowe w poszczególnych sektorach umowy albo odgórnie zarządzone regulacje.
Perspektywa dalszego skracania czasu pracy nie cieszyła się jednak aprobatą świata biznesu. W 1926 roku Narodowe Zrzeszenie Przetwórców przeprowadziło ankiety wśród trzydziestu dwóch biznesmenów na temat pięciodniowego tygodnia pracy, którego żądały wówczas związki zawodowe. Poparcie dla pomysłu wyraziło zaledwie dwóch ankietowanych. Uważano, że więcej czasu wolnego to więcej przemocy, korupcji i degeneracji. Prezes stowarzyszenia, John E. Edgerton, twierdził, że „najwyższy czas, aby Amerykanie przebudzili się ze snu, w którym wieczne wakacje są owocem dobrobytu materialnego”. Inny przedsiębiorca, George L. Markland, ostrzegał zaś, że wraz z poluzowywaniem czasu pracy „mężczyźni stają się zniewieściałymi mięczakami”, a pięciodniowy tydzień pracy to stopniowe osuwanie się w przepaść i rozpustę.
Pomiędzy sprzecznymi wizjami postępu, reprezentowanymi przez świat pracy i świat biznesu, istniała jednak pewna przestrzeń wspólna. Pracownicy domagali się więcej czasu wolnego, jako z jednej strony lekarstwa na bezrobocie, a z drugiej – formy uczciwego podziału korzyści płynących z postępu technologicznego. Przedsiębiorcy z kolei wierzyli w gospodarkę napędzaną przez konsumpcję. Zdawali sobie jednak sprawę, że aby kupować, trzeba mieć na to czas. Jak twierdził Henry Ford, jeden z pionierów ruchu skracania czasu pracy, ludzie kupują dobra, gdy te zaspokajają ich potrzeby. Te zaś są zaspokajane, gdy są odczuwane. A nie sposób ich odczuwać bez czasu na wypoczynek. W tym świetle czterdziestogodzinny tydzień pracy stawał się stopniowo akceptowalny dla biznesu, bo pozwalał stymulować konsumpcję. Jednak wizja, zgodnie z którą wyzwalanie się od pracy miałoby być celem rozwoju gospodarczego i miarą sukcesu kapitalizmu, nigdy nie została szeroko przyjęta.
W pierwszych latach trwania wielkiego kryzysu zawiązał się więc tymczasowy sojusz. Niektórzy przedsiębiorcy zaakceptowali wizję krótszego czasu pracy jako część rozwiązania problemu bezrobocia.
Na początku lat 30. kilka dużych przedsiębiorstw przemysłowych ograniczyło czas pracy do czterdziestu godzin tygodniowo, a część z nich nawet do trzydziestu. Do 1937 roku umowy sektorowe na trzydziestopięcio- lub trzydziestosześciogodzinny tydzień pracy regulowały zatrudnienie w szklarstwie, górnictwie i w przemyśle tekstylnym. Krótszy tydzień pracy zagwarantowała sobie też część pracowników sektora prasowego, zatrudnieni w produkcji filmowej i szwalniach. Poniżej czterdziestu godzin tygodniowo pracowało również około 10 procent pracowników budowlanych.
Więcej czasu wolnego oznaczało większą przestrzeń na wydawanie pieniędzy, ale prowadziło też do ograniczania produkcji – a te dwa trendy miały swoje jasno określone warunki brzegowe. Dotychczasowe skracanie czasu pracy odbywało się zwykle przy zachowaniu wysokości wynagrodzeń, więc proces ten miał swoje granice wyznaczone możliwościami produkcyjnymi gospodarki. Były to więc w gruncie rzeczy negocjacje dotyczące tego, jaka część zysków z produkcji i sprzedaży trafi do pracownika, a jaka do właściciela firmy. Na którymś etapie te dwie wizje postępu – jedna oparta na rosnącej konsumpcji, a druga – na ograniczaniu czasu pracy – musiały się ze sobą zderzyć.
Dziedzictwo płatków kukurydzianych
Dwudziestego czwartego listopada 1930 roku fabryka Battle Creek amerykańskiej korporacji produkującej płatki kukurydziane Kellogg’s, położona w sercu dzielnicy przemysłowej Michigan, przeszła na tryb sześciogodzinnego dnia pracy. Prezes firmy Lewis Brown zdawał sobie sprawę, że taka reforma będzie wymagała zatrudnienia kolejnej, czwartej zmiany przy produkcji. Myślał jednak o tym, że takie rozwiązanie mogłoby częściowo wpłynąć na problem lokalnego bezrobocia, które momentami sięgało nawet 30 procent. Aby częściowo zrekompensować pracownikom spadek wynagrodzeń związany ze skróceniem czasu pracy, Brown podwyższył płace o 12,5 procent, a w kolejnym roku o drugie tyle.
Skrócenie czasu pracy w Kellogg’s było jednoznacznym sukcesem. Ogłoszono, że w kolejnych latach głównym problemem będzie wyprodukowanie takiej ilości płatków kukurydzianych, która sprosta popytowi na rynku. Zwolennikiem takich spontanicznych i dobrowolnych wysiłków na rzecz dzielenia pracy był zresztą również prezydent Herbert Hoover, który w 1931 roku publicznie poparł podobny program wprowadzany w przemyśle chemicznym, a w sierpniu 1932 roku, podczas przemowy na Narodowej Konferencji Biznesu i Przemysłu, nazwał skracanie czasu pracy „najszybszą i najbardziej wydajną metodą tworzenia zatrudnienia”.
W tym samym czasie, w odpowiedzi na wielki kryzys, o powszechne usankcjonowanie krótszego tygodnia pracy zaczęła walczyć Amerykańska Federacja Pracy, największa centrala związkowa w Stanach Zjednoczonych. W 1932 roku amerykański senator Partii Demokratycznej, Hugo Black, przedstawił propozycję ustawy o wprowadzeniu trzydziestogodzinnego tygodnia pracy. Ale świat biznesu również zwarł szyki. Organizacja zrzeszająca przedsiębiorców, Industrial Conference Board, przeprowadziła ankietę, w której zebrano odpowiedzi 1718 biznesmenów. Niemal połowa z nich zadeklarowała, że skrócili w swoich firmach zmiany, aby uratować miejsca pracy, niemniej wizja usankcjonowania trzydziestogodzinnego tygodnia pracy na poziomie prawa krajowego budziła ich zdecydowany sprzeciw. W 1935 roku większość biznesu porzuciła go niemal całkowicie. Wyjątkiem pozostał właściciel firmy Will Keith Kellogg.
W latach 30. zaczęło rozprzestrzeniać się przekonanie, że bezrobocie to także problem państwa, a narzędziem do jego rozwiązania nie jest dzielenie pracy pomiędzy większą część społeczeństwa, które będzie pracować krócej, ale tworzenie nowych form i miejsc zatrudnienia przez rząd.
Poparcie Kellogga dla skracania czasu pracy wykraczało poza krótkoterminową strategię biznesową i wynikało z konkretnej wizji kapitalizmu. Krótszy czas pracy uważał bowiem za narzędzie podziału korzyści z mechanizacji między pracowników a korporację. Na tym miała polegać jego zdaniem wielkość kapitalizmu – że będąc systemem opartym na pracy, był w stanie wyzwolić od niej ludzkość. Poglądy Kellogga były pochodną jego osobistych przeżyć. Jak wskazywał jego biograf, Horace B. Powell, biznesmen skarżył się, że „nigdy nie nauczył się bawić”, bo od trzynastego roku życia pracował. Fraza ta została przejęta przez niektórych jako apologia ciężkiej pracy, prowadzącej do sukcesu, ale Kellogg wyrażał w niej raczej żal, że jego życie jest wyłącznie wypełnione pracą i znojem.
W latach 30. Kellogg stopniowo wycofywał się z zarządzania firmą, a poparcie dla trzydziestogodzinnego tygodnia pracy ze strony nowego zarządu zaczynało się kruszyć. Stawało się też jasne, że konkurencyjne fabryki nie skracają czasu pracy. W efekcie w latach 50. kilkakrotnie przedłużano zmiany pracownikom poszczególnych działów firmy. Odsetek zatrudnionych w starym trybie spadał, aż w 1984 roku zagrożono pozostałej garstce, że jeżeli nie zaakceptują dłuższego dnia pracy, fabryka zostanie przeniesiona. Pracownicy ulegli. Dzięki przedłużeniu zmian firmie udało się zwolnić 160 pracowników, a na kolejne pięć lat zaplanowano zwolnienie kolejnych 500 osób. Zarząd zobowiązał się przy tym do zainwestowania 300 milionów dolarów w program modernizacyjny, który pozwoliłby zautomatyzować linię produkcyjną.
Taka jest klamra zamykająca historię fabryki, która była najbliżej zrealizowania Keynesowskiego snu. Kellogg wprowadził sześciogodzinny dzień pracy, żeby stworzyć nowe wakaty i zatrudnić więcej pracowników. Trzydzieści trzy lata po jego śmierci wydłużono czas pracy, żeby można było ich zwolnić. Gdy Kellogg oddawał przewodnictwo w firmie nowemu zarządowi, ustawa wprowadzająca w Stanach Zjednoczonych trzydziestogodzinny tydzień pracy zyskiwała coraz szersze poparcie.
Szóstego kwietnia 1933 roku przegłosował ją senat. Odrzucił ją jednak nowo wybrany prezydent Franklin Delano Roosevelt, który uważał, że rząd nie powinien ograniczać się do prawnego regulowania produkcji i zatrudnienia, a raczej bezpośrednio pobudzać gospodarkę. Uchwalony w czerwcu 1933 roku National Industry Recovery Act zawierał zapis o tym, że czas pracy powinien pozostać przedmiotem umów pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Rozwiązaniem problemu bezrobocia miało być więc ożywienie gospodarcze i dalszy, nieprzerwany wzrost. Rolą sektora publicznego miało być tworzenie miejsc pracy dopiero wtedy, gdy nie radził sobie z tym sektor prywatny.
Była to istotna zmiana w postrzeganiu zarządzania rynkiem pracy. Dotychczas uznawano, że walka z bezrobociem należy do firm, ponieważ to one są odpowiedzialne za bezrobocie, gdy zwalniają pracowników. Dopiero w latach 30. zaczęło rozprzestrzeniać się przekonanie, że jest to także odpowiedzialność państwa, a narzędziem rozwiązania problemu nie jest dzielenie pracy pomiędzy większą część społeczeństwa, które będzie pracować krócej, ale tworzenie nowych form i miejsc zatrudnienia przez rząd. Widać w tym również zdecydowaną przemianę w postrzeganiu roli korporacji. Lokalna odpowiedzialność okazała się jednak krótkim i mało znaczącym epizodem w historii kapitalizmu. Wyparły go globalne zapędy i pogoń za zyskiem.
Efektywny jak Niemiec
Od tamtej pory sytuacja społeczno-gospodarcza na świecie zmieniła się diametralnie, a jednak wypracowane wówczas standardy ośmiogodzinnego dnia pracy obowiązują w większości krajów do dziś. Nie oznacza to jednak, że czas pracy w XX wieku zupełnie się nie zmieniał. Ustawowa norma to bardziej kotwica, wokół której oscyluje rzeczywista sytuacja. Jak wskazują dane Our World in Data, pod koniec XIX wieku w większości krajów Zachodu pracowano około trzech tysięcy godzin rocznie (a więc średnio pięćdziesiąt siedem godzin tygodniowo). Do lat 30. liczby te spadły o prawie jedną trzecią – w 1938 roku w Kanadzie, Belgii czy Danii pracowano przeciętnie 2200 godzin (czterdzieści dwie godziny tygodniowo). Ale na poziomie stałym i legislacyjnym nie poczyniono od tego czasu znacznych postępów.
W Europie w XX wieku średni czas pracy spadał, lecz działo się to znacznie wolniej niż w wieku XIX. Współcześnie w najbogatszych krajach Europy, na przykład we Francji czy w Niemczech, pracuje się około 1400 godzin rocznie. Średnia dla krajów rozwiniętych, zrzeszonych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), wynosi z kolei 1687 godzin. Spadki te wynikały z tego, że w wielu krajach wzrosła liczba po pierwsze dni wolnych od pracy związanych ze świętami narodowymi, a po drugie – dni urlopowych. Przez cały XX wiek rosła jednak „ilość” pracy wykonywanej w gospodarce. Wzrastał bowiem wskaźnik zatrudnienia, a więc odsetek ludzi w wieku produkcyjnym pracujących zawodowo (głównie w wyniku wejścia kobiet na rynek).
Na początku 2000 roku krótszy czas pracy stał się powszechnie obowiązującym prawem. Reforma była projektowana w duchu Hooverowskiego dzielenia się pracą; Francja w latach 90. doświadczała bowiem bezrobocia na poziomie przekraczającym 10 proc.
Ale mimo to, mniej więcej od zakończenia drugiej wojny światowej, skracanie czasu pracy przestało być tematem ściśle politycznym. Kapitalizm miał w końcu opierać się na nieskończonym wzroście konsumpcji i produkcji. Liczące się w parlamentach partie rzadko podnosiły więc postulat skracania czasu pracy, bo oznaczałby on spadek PKB – nowego miernika sukcesu gospodarczego, który uznano za najważniejszy wskaźnik rozwoju. Związki zawodowe zaczęły się zaś skupiać raczej na negocjowaniu wyższych płac, zapobieganiu masowym zwolnieniom powodowanym automatyzacją i wdrażaniem nowych technologii czy przenoszeniem fabryk za granice kraju. Marzenia o czterodniowym tygodniu pracy na wiele dekad zniknęły z politycznej agendy. Choć i od tego trendu miały miejsce istotne wyjątki.
W 1998 roku we Francji przyjęto „Aubry 1” – projekt ustawy zachęcającej przedsiębiorców do wprowadzania trzydziestopięciogodzinnego tygodnia pracy. Rząd oferował ulgi podatkowe firmom, które zredukują czas pracy i powiększą u siebie zatrudnienie. Na początku 2000 roku krótszy czas pracy stał się powszechnie obowiązującym prawem. Reforma była projektowana w duchu Hooverowskiego dzielenia się pracą; Francja w latach 90. doświadczała bowiem bezrobocia na poziomie przekraczającym 10 procent. Szacuje się, że w pierwszych latach funkcjonowania programu powstało w jego ramach około 350 tysięcy nowych miejsc pracy.
Od dwóch dekad toczą się we Francji debaty na temat skuteczności wprowadzonych wtedy zmian. Ocenę skutków regulacji komplikuje jednak wiele drobnych reform, które wprowadzano w kolejnych latach, w tym powiększanie dopuszczalnej elastyczności pracodawców w kształtowaniu czasu pracy. Niemniej Francja jest wciąż jednym z krajów, w których pracuje się najkrócej w Europie. Francuska gospodarka nie straciła przy tym na konkurencyjności ani nie doświadczyła istotnego załamania gospodarczego.
Przeciętny Niemiec spędza w pracy średnio 1332 godziny rocznie. To najkrócej na całym świecie.
Inna droga doprowadziła do statusu najkrócej pracującego narodu na świecie Niemcy, gdzie przeciętny obywatel spędza obecnie w pracy średnio 1332 godziny rocznie. Przez cały XX wiek niemiecki ruch pracowniczy z sukcesami walczył o skrócenie tygodnia pracy na poziomie poszczególnych sektorów przemysłu. Obecne umowy dotyczą więc nie poszczególnych firm, a całych gałęzi gospodarki, obejmując przy tym zwykle również pracowników niezrzeszonych w związkach. Przykładowo w lutym 2018 roku 900 tysięcy pracowników przemysłu metalurgicznego wywalczyło sobie prawo do pracy w trybie dwudziestoośmiogodzinnym bez obniżenia wynagrodzenia. Obecnie każdy zatrudniony w tym sektorze może skrócić swój czas pracy do takiego wymiaru na dwa lata.
Przykładem obrania trzeciej ścieżki jest Holandia, gdzie przeciętnie pracuje się dziś 1400 godzin rocznie, a więc średnio dwadzieścia osiem godzin tygodniowo. Wynika to przede wszystkim z najwyższego na świecie odsetka zatrudnionych na część etatu, a więc zgodnie z prawem pracujących pomiędzy dwunastoma a trzydziestoma sześcioma godzinami tygodniowo. W takim trybie pracuje tam od 38 (według obliczeń OECD) do 56 procent (według danych Banku Światowego) pracowników. Pozwalają im na to oczywiście wysokie pensje (wśród krajów rozwiniętych zrzeszonych w OECD średnie roczne zarobki sytuują Holendrów na piątym miejscu). Taki sposób zatrudniania wspiera też holenderskie prawo, gwarantując pracującym w niepełnym wymiarze godzin na przykład pełny przydział urlopu.
Choć może się to wydawać zaskakujące, jednym z krajów, który jako pierwszy wprowadził ośmiogodzinny dzień pracy, była Polska. Zmiany zaprowadzono w 1918 roku. Kolejne zmiany nastąpiły jednak dopiero w 1972 roku na mocy dekretu o dodatkowych dniach wolnych, zgodnie z którym kolejne soboty w roku miały stawać się wolne. Przyspieszenia tempa uwalniania sobót domagali się między innymi robotnicy strajkujący w sierpniu 1980 roku. Pomimo zaakceptowania postulatu przez władze, jego ostateczne wprowadzenie zajęło polskiemu rządowi kolejną dekadę. Ostatecznie więc pięciodniowy tydzień pracy pojawił się w Polsce dopiero pod koniec lat 80.
Od tamtej pory temat skracania czasu pracy powrócił do polskiej debaty publicznej dopiero w ostatnich kilku latach. W maju 2017 roku Polskie Stronnictwo Ludowe przedłożyło w sejmie projekt „Godzina dla rodziny”, który gwarantowałby trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy rodzicom dzieci poniżej dziesiątego roku życia. W tym samym roku z podobną propozycją, choć nieograniczoną do rodziców, wystąpiła Partia Zieloni, a rok później, w maju 2018 roku, temat podjęła Partia Razem, rozpoczynając zbiórkę podpisów pod obywatelskim projektem ustawy „Pracujmy krócej”. Przytaczane w niej argumenty wydają się mówić same za siebie: „Według danych OECD pod względem liczby przepracowanych godzin zajmujemy drugie miejsce w całej Unii Europejskiej, a piąte na świecie. Raport Ipsos Global wskazuje Polskę jako jedenasty najbardziej zapracowany kraj świata”. Mimo to wciąż dominuje przeświadczenie, że skrócenie czasu pracy mogłoby doprowadzić do załamania gospodarki. Ustawa nigdy nie trafiła więc do sejmu.
Zapracowany jak Polak
Krytyczne przekonania i wątpliwości wobec skracania czasu pracy wybrzmiewają w różnych tonach. Przede wszystkim możliwość bezkosztowego skracania czasu pracy na razie jest wciąż ograniczona do wąskiego (choć rosnącego) zakresu branż biurowo-usługowych. W przypadku eksperymentów przeprowadzanych na przykład w szkołach, przychodniach czy szpitalach nie zaobserwowano zwiększenia wydajności w krótszym czasie, bo w takich sektorach większa wydajność wiąże się przeważnie z niższą jakością usług – a zatem przy skracaniu czasu pracy niezbędne jest zatrudnienie większej liczby osób. Problem ten nie ogranicza się jednak wyłącznie do strony finansowej; w wielu krajach, w tym w Polsce już w tej chwili brakuje pielęgniarek, lekarek i nauczycieli.
Podobnie sytuacja wygląda w przemyśle. Obserwowane oszczędności związane z mniejszą liczbą przerw czy popełnianych błędów nie rekompensują obniżenia produkcji. – O ile zgadzam się z ogólną ideą skracania czasu pracy, o tyle trudno znaleźć rozwiązania, które pozwoliłyby na powszechne zaprowadzenie tego typu zmian na świecie – mówi doktorka habilitowana Iga Magda, makroekonomistka i badaczka z Instytutu Badań Strukturalnych. – W przypadku rozwiązań regionalnych w przemyśle czy handlu krótszy czas pracy może oznaczać utratę międzynarodowej konkurencyjności.
W żadnej grupie dochodowej w Polsce nie zanotowano realnego czasu pracy poniżej czterdziestu godzin, a wraz ze wzrostem uposażenia przekracza on nierzadko nawet pięćdziesiąt godzin tygodniowo.
Innym problemem, na który zwraca się uwagę w kontekście pomysłów ze skracaniem czasu pracy, jest nieprzystawalność krajowego ustawodawstwa do realiów rynku pracy. Czterdziestogodzinny tydzień pracy obejmuje wyłącznie osoby zatrudnione na umowach o pracę (i to na jednym etacie). W rzeczywistości wśród osób pracujących na umowach o dzieło czy zlecenie powszechna jest praca w większym wymiarze godzin. Wyrwą w krajowym prawodawstwie są też nadgodziny, bardzo często bezpłatne. Z badania Kantar Millward Brown wynika, że średni tygodniowy czas pracy wynosił w 2017 roku w Polsce czterdzieści pięć godzin. W żadnej grupie dochodowej nie zanotowano realnego czasu pracy poniżej czterdziestu godzin, a wraz ze wzrostem uposażenia przekracza on nierzadko nawet pięćdziesiąt godzin tygodniowo. Jak z kolei wskazuje raport Hays z 2018 roku, ponad połowa Polek i Polaków wyrabia regularnie (często niepłatne) nadgodziny.
– Trzeba zacząć od przestrzegania czasu, który mamy zapisany w Kodeksie pracy – mówi Jakub Sawulski. – Istnieją firmy, a nawet całe branże, w których pracownicy regularnie pracują w nadgodzinach. W budownictwie dotyczy to niemal co trzeciego pracownika. Nadgodziny powinny być zjawiskiem okazjonalnym, a nie standardem. A jeśli już się zdarzą, to powinny być odpowiednio wynagradzane – tak jak nakazują regulacje prawne. Mamy z tym w Polsce poważny problem, a jedną z głównych przyczyn jest słabość instytucji kontrolnych.
Podobnie problem ten widzi Łukasz Komuda, ekonomista i ekspert z zakresu rynku pracy. – Gdybym miał do wyboru skracanie czasu pracy i wzmocnienie oraz zreformowanie inspekcji pracy tak, by faktycznie większość pracowników mogła cieszyć się przysługującymi im prawami – wolałbym to drugie. Poza umowami o pracę trudno w ogóle mówić o skutecznym regulowaniu czasu pracy. A mimo nienajgorszej sytuacji na rynku w ostatnich latach liczba samozatrudnionych oraz pracujących na umowach cywilnoprawnych rosła i ciągle są wśród nich tacy, którym pracodawcy nie dali wyboru.
Część przeciwników skracania czasu pracy zwraca również uwagę na fakt, że liczba godzin pracy zmniejszała się stopniowo w XX wieku. Ich zdaniem nie potrzeba prawnej ingerencji w ten proces, ponieważ najpewniej dokona się samoistnie. W tym argumencie nie bierze się jednak pod uwagę tego, że czas pracy nigdy nie zmniejszał się sam z siebie. Jak wskazują przykłady krajów, w których pracuje się dziś najkrócej, zmiany były tam powodowane przede wszystkim presją związków zawodowych, których w Polsce od lat 90. mamy bardzo niewiele. Druga droga do wprowadzania krótszego czasu pracy związana była zaś ze wzrostem płac połączonym z legislacją zachęcającą do pracy na część etatu. Płace w Polsce wciąż pozostają jednak niskie w skali Europy, a zatrudnienie na część etatu jako jedyne źródło utrzymania stanowi u nas sytuację wyjątkową (w ten sposób pracuje według OECD zaledwie 6 procent Polek i Polaków).
Poziom zużycia człowieka
Ruch na rzecz skracania czasu pracy sprzed stu lat znacząco różnił się więc od tego współczesnego. Kiedyś postulat krótszej pracy był powszechnie uznawany za cel sam w sobie, element dobrobytu niewymagający uzasadnienia. Współcześnie nawet jego zwolennicy posługują się przede wszystkim językiem ekonomicznym – mówią głównie o ograniczaniu marnotrawstwa i zwiększeniu wydajności. Nawet zdrowie i dobrostan pracowników traktuje się dziś często jako zmienną ekonomiczną, opisując człowieka zupełnie jak maszynę, której poziom zużycia można ograniczyć reformami technicznymi. W tym sensie współczesna debata przypomina negocjowanie nowego „tymczasowego sojuszu”, analogicznego do tego z lat 30., którego owocami „cieszymy się” do dziś.
Możemy wyobrazić sobie sytą Europę, w której pracuje się tysiąc, pięćset, a nawet trzysta godzin w skali roku, czerpiąc korzyści z nierównych relacji rządzących globalnym kapitalizmem, ale czy to na pewno kierunek zmian, o który nam chodzi?
Większość awangardowych projektów ekonomicznych, które wracają dziś do debaty publicznej – takich jak stopniowe uwalnianie się od pracy czy bezwarunkowy dochód podstawowy – łączy jednak jeszcze jeden podstawowy problem. Świat wolny od pracy, w którym marzenia Keynesa by się ziściły, to wciąż nawet w najśmielszych przypuszczeniach świat, w którym od pracy uwolni się garstka najbogatszych krajów. Cały znój i wysiłek zostałby najpewniej przeniesiony na globalne Południe, tak jak dzieje się to od dekad. Globalna Północ i Południe są w końcu strukturami gospodarczymi pozostającymi w ciasnym splocie. Możemy więc wyobrazić sobie sytą Europę, w której pracuje się tysiąc, pięćset, a nawet trzysta godzin w skali roku, czerpiąc korzyści z nierównych relacji rządzących globalnym kapitalizmem, ale czy to na pewno kierunek zmian, o który nam chodzi? Pytanie brzmi zatem, czy krótsza praca da nam więcej czasu i przestrzeni do refleksji nad polityczno-ekonomiczną strukturą naszego świata, czy też zostanie zagospodarowana przez nowych akolitów stuletniej już ewangelii konsumpcji. Odpowiedź na nie wciąż piszemy.
Artykuł ukazał się w lutowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn Opinii” (2/2022) pod tytułem Długa praca nie popłaca.
Esej jest częścią cyklu Ekonomia 2.0.
Mecenasem cyklu Ekonomia 2.0 jest mLeasing.

Fundację Pismo, wydawcę magazynu „Pismo”, wspiera Orange.
