Wersja audio
Zwierzęta są szczęśliwe tak długo, jak są zdrowe i mają wystarczająco dużo jedzenia. Ludzie, jak się wydaje, powinni być szczęśliwi, ale nie są” – pisał wielki filozof Bertrand Russell w swoim pomniejszym dziełku The Conquest of Happiness [przeł. K.L.]. Twierdząc, że ludziom brak szczęścia, opierał się on na własnym doświadczeniu („Nie urodziłem się szczęśliwy. Jako dziecko najbardziej lubiłem hymn Zmęczony ziemią i przygnieciony grzechem”), ale prowadził też skrupulatną obserwację swoich współobywateli.
„Albo znów spójrzmy na ludzi na wieczornej zabawie – pisał na przykład. – Wszyscy pojawiają się tam zdecydowani doświadczyć szczęścia; z podobnie ponurą determinacją, jaka jest potrzebna, żeby nie narobić wrzasku u dentysty. Mówi się, że picie i pieszczoty to brama do radości, więc piją szybko i usiłują nie zauważyć, jak dalece odrażający wydają im się ich partnerki i partnerzy. A po większej dawce alkoholu mężczyźni zwykle zaczynają łkać i lamentują, że są niegodni poświęcenia ich matek”.
Czytając ten pozbawiony wyrozumiałości opis mieszkańców Ziemi, można się zastanawiać, czy aby nieszczęście Russella nie wynikało częściowo z braku zaproszeń na przyjęcia – w końcu komu na imprezie potrzebny naburmuszony filozof o surowym spojrzeniu, który nie czka dramatycznie nad ranem „Zawiodłem cię, matulu!” jak normalny człowiek. Nie sposób jednak w przywołanym opisie nie zauważyć okruchów prawdy. Czasy, co prawda, ciut się zmieniły i mimo że wciąż chcemy zbawiać się przez picie i seks, większe nadzieje pokładamy jednak w konsumpcji i sukcesie w „społecznościówkach”.
Wszystko za szczęście
Z podobnie ponurą determinacją, z jaką nieszczęśnicy Russella pojawiali się na przyjęciach, my wchodzimy dziś do centrów handlowych czy na TikToka, mając nadzieję, że wreszcie stanie się coś (nowe buty, trzysta lajków), co uczyni nasze życie naprawdę szczęśliwym – by po wszystkim odkryć, że nie zdołaliśmy uciec od poczucia pustki. Nie wzywamy już tak często matki, być może dlatego, że jej miejsce w panteonie bóstw patrzących z wysoka na naszą marność zajął ideał sukcesu; to jemu się sprzeniewierzamy, nie osiągnąwszy szczęścia, i to on patrzy na nas surowo, gdy okazujemy się niewystarczająco fajni i zadowoleni.
Ale nawet jeśli fragmenty obrazu Russela się zmieniły, jedno pozostało bez zmian: my, mieszkańcy Zachodu, jesteśmy w miarę zdrowi i w większości mamy co jeść – a i tak jesteśmy zaskakująco nieszczęśliwi.
Czytaj także: Jak chcieć mniej. Esej Arthura C. Brooksa.
Chroniczny brak szczęścia to nasza choroba cywilizacyjna. I nie mówię tu o tych, którym los zgotował potworne przejścia w rodzaju śmierci najbliższych, publicznej hańby, ekstremalnej biedy czy śmiertelnej i bolesnej choroby; jeśli są nieszczęśliwi, ich nieszczęście jest naturalną odpowiedzią na okoliczności. Nie myślę też o tych, których niezwykła wrażliwość wpycha na wyślizgane wcześniej przez Kierkegaardów, Camusów i Nietzsche’ów tory filozoficznej melancholii i każe się poświęcić pisaniu dziennika wypełnionego relacjami z mroków umysłu.
Nie chodzi mi też nawet o rosnącą liczbę przypadków klinicznej depresji, choć te statystyki mogą mieć w części podobny rodowód, co powszechny brak satysfakcji życiowej. Mowa tu o, jakby powiedział Russell, „(…) zwyczajnej, codziennej nieszczęśliwości, na jaką cierpi większość ludzi w krajach rozwiniętych; jest ona tym trudniejsza do uniesienia, że nie ma konkretnej przyczyny, i dlatego wydaje się nieunikniona”.
My, mieszkańcy Zachodu, jesteśmy w miarę zdrowi i w większości mamy co jeść – a i tak jesteśmy zaskakująco nieszczęśliwi.
Ja to mam, wy to macie, my to mamy. Poczucie, że mogłoby przecież być lepiej, wygodniej, łatwiej, przyjemniej. Że może będzie lepiej, ale nie teraz, tylko za jakiś czas, jeśli coś zrobimy, zapracujemy, wytrzymamy lub stanie się cud. Nie wiem jak inni, ale ja tylko cztery razy w życiu doświadczyłam poczucia absolutnego dopasowania okoliczności do mojej duszy, tego stanu, który pozwala na rozkoszne zanurzenie się w chwili z przekonaniem, że nie chce się być nigdzie indziej. Każdą z tych chwil przechowuję w pamięci jak klejnot; niekoniecznie z nostalgii, raczej jako przedziwny, rzadki okaz, któremu czasem chcę się poprzyglądać. Bo wszystkie inne chwile są zwykle podszyte lękiem, stresem, smutkiem, cichą desperacją, melancholią; nawet w najlepszych czasach i najmilszych momentach czujemy w sobie mały, ostry cień.
Póki ten cień jest niewielki, stanowi dla nas naturalny element krajobrazu w emocjonalnej podróży przez świat – jest jak ciche mlaskanie współpasażera w przedziale czy wtapiający się w tło stukot kół pociągu. Ale ostatnio owo mlaskanie robi się nie do zniesienia, koła walą w tory jak tysiąc młotów – pandemia, wojna i panosząca się wokół nich śmierć skutecznie wydłużają każdy cień. I kiedy mój cień powiększa się na tyle, że codzienne życie staje się męczące, a pisanie, czyli moja praca, nieomal niemożliwe, wysyłam list do Laurie Santos.
Na problemy z dobrostanem
„Droga Laurie – piszę. – Nie czuję się najlepiej. Moim zawodem jest pisanie, ale dzisiaj pisząc, czuję się tak, jakbym wydziabywała sobie dziurę w brzuchu, powoli wyciągała przez nią jelita, a potem wbijała w nie zardzewiałe igły. Powiedz mi, co mam zrobić?”.
Dlaczego uważam Laurie za właściwą adresatkę listu o moich problemach z dobrostanem? Otóż Santos to profesorka psychologii na Uniwersytecie Yale, znana na świecie jako „pani od szczęścia”. Zanim zajęła się szczęściem, badała procesy decyzyjne u psowatych i ssaków naczelnych. Próbowała ustalić na przykład, czy małpy kapucynki są równie kiepskie w racjonalnym zarządzaniu pieniędzmi co ludzie (owszem, są) i czy to znaczy, że dla homo sapiens nie ma żadnej finansowej nadziei (jest, ale niewielka. Bo skoro problemy z wydawaniem kasy miała już wspólna prapraprababcia moja i żółtobrzuchej kapucynki 35 milionów lat temu, to oznacza, że ewolucja dawno zdecydowała, że warto z nas zrobić nieracjonalnych finansistów. Czy ewolucja pracuje dla Zalando?).
Szczęście wpadło Santos w oko, dopiero kiedy zetknęła się z bezmiarem nieszczęścia. I nie, nie pojechała w tym celu do krajów rozwijających się pomagać głodującym; nie odwiedzała obozów dla uchodźców, nie rozmawiała nawet z wykluczonymi Amerykanami z tak zwanego pasa rdzy. Została na Yale, jednym z najlepszych i najbogatszych uniwersytetów na świecie, i, jak niegdyś Bertrand Russell, rozejrzała się porządnie wokół.
Powiedz mi, jak być szczęśliwą
Już w 2009 roku według badań ACHA (American College Health Association) amerykańscy studenci byli w fatalnym stanie psychicznym. Ponad 80 procent z nich czuło się przytłoczonych liczbą obowiązków, 40 procent było nadmiernie zestresowanych, a jedna trzecia miała depresję. Połowa doświadczała „przytłaczającego lęku”, również połowa twierdziła, że czuje się samotna.
Skonfrontowana ze zmęczonymi, wiecznie zabieganymi, ogarniętymi poczuciem beznadziei studentami, którzy przecież mieli właśnie przeżywać najszczęśliwszy okres swojego życia, Santos uznała, że ma obowiązek jakoś zareagować na ich problem – bo jeśli nawet najbardziej uprzywilejowana młodzież świata jest nieszczęśliwa, to jakie szanse na dobrostan mają inni?
Laurie postanowiła więc dać swoim uczniom coś, w co wierzyła najmocniej: naukowe narzędzia naprawcze, sprawdzone przez badaczy sposoby poprawy własnego życia, podręczny, zapakowany w sylabus zestaw do samodzielnego osiągnięcia szczęścia. Tak narodziły się zajęcia o nazwie „Psychologia i dobre życie” – najpopularniejszy kurs w trzystuletniej historii Yale i być może najszerzej dziś znany na świecie uniwersytecki kurs w ogóle; kurs, o którym pisały tak różne media jak „The New York Times” i „O, The Oprah Magazine”, i który po „transplantacji” na platformę zdalnego nauczania Coursera zgromadził ponad 170 tysięcy uczniów ze 170 krajów świata. Jeżeli w świecie dydaktyki naukowej istnieje sukces, to wygląda właśnie tak.
Santos musi więc wiedzieć, co powinnam zrobić, by poczuć się lepiej. Odpowiada mi na list za pomocą nagranych plików głosowych – jej głos jest dźwięczny, rześki i daje się w nim wyczuć lekkie rozbawienie opisem moich zmagań z rzeczywistością. Wyobrażam ją sobie, jak chodzi po biurze z telefonem, potrząsając… no niech będzie, burzą czarnych loków (niestety, w przypadku Laurie nie da się uciec od tego wyświechtanego określenia).
„Przykro mi, że tak się czujesz, Karolino. Prawdopodobnie jesteś wypalona – mówi. – Nie jesteśmy najlepsi w rozpoznawaniu symptomów wypalenia zawodowego. Dobrze wiemy, jak wygląda depresja czy lęk, ale wypalenie jest bardziej skomplikowane. To po części na pewno wyczerpanie fizyczne, brak chęci wstania z łóżka rano. Kolejny element stanowi coś, co psychologowie nazywają głęboką depersonalizacją (ang. deep depersonalization) albo po prostu cynizmem. Przypisujesz ludziom złe intencje, masz krótki lont, inni cię frustrują. Trzeci komponent to odczuwany brak efektywności; nawet gdy dobrze wykonujesz swoją pracę, nie satysfakcjonuje cię ona”.
W porządku, mój aktualny brak szczęścia wynika w jakiejś mierze z wypalenia – mogę się na to zgodzić. Ale co mam zrobić w tej sytuacji? Otóż to, co sama Santos, bo i ona doświadczyła tego cienia wciskającego się w codzienność, mlaskania współpasażerów, stukotu kół na torach. „Byłam zła na swoich studentów, zachowywałam się, jakbym nie była sobą. Wiedziałam, że muszę coś wymyślić”. Laurie postanowiła zawiesić na jakiś czas swoją oszałamiającą karierę akademicką i wziąć długi urlop; mnie poleca to samo, jeśli tylko mogę sobie na to pozwolić.
Ale co jeszcze? Co jeszcze mam robić? Jak być szczęśliwą, powiedz mi, Laurie, kiedy w nocy przychodzą małe harpie i szarpią moją kołdrę? Zanim kandydat na szczęściarza przystąpi do projektu „szczęście”, musi, jak twierdzi Santos, uświadomić sobie cztery sekrety, czyli kwestie metodologiczne, dzięki którym będzie miał większą szansę na sukces.
Pierwsza z nich to świadomość, że sukces jest możliwy. Można podwyższyć swój poziom szczęścia! Nie jest to wcale takie oczywiste; w końcu tyle słyszymy o przekleństwie rodzinnej depresji i o dziedziczeniu temperamentu. Cóż, przyznaje Laurie, rzeczywiście około 50 procent naszego samopoczucia można przypisać dyspozycjom genetycznym. Może to i dużo, ale przecież wynika też z tego, że aż połowa naszego szczęścia jest wyłącznie w naszych rękach.
Drugą sprawą, na jaką muszę się przygotować, jest świadomość, że zwiększanie poziomu szczęścia będzie dotyczyło mnie samej: mojego zachowania i nastawienia. Bo okoliczności zewnętrzne (pieniądze, sukces, sterczące piersi prosto od chirurga czy butelka Domaine Leroy Chambertin Grand Cru) nie są nawet w połowie tak istotne dla poczucia szczęścia, jak się nam wydaje, kiedy ich pragniemy.
Około 50 procent naszego samopoczucia można przypisać dyspozycjom genetycznym. Aż połowa naszego szczęścia jest wyłącznie w naszych rękach.
Santos zawsze przytacza w tym momencie słynne badania (z 1978 roku, autorstwa Philipa Brickmana, Dana Coatesa i Ronnie Janoff-Bulman), które od lat na nowo mnie zaskakują: wyobraźcie sobie, że zwycięzcy wielkiej loterii czują się niezwykle szczęśliwi, a osoby, które w wyniku wypadku utraciły władzę w kończynach, ogromnie cierpią… to oczywiste, prawda? Ale te stany towarzyszą im tylko przez kilka miesięcy. Po upływie tego czasu badani z obu grup wracają do swojego zwykłego poziomu szczęścia, a ich nastroje i dobrostan nie różnią się od fluktuacji stanów duszy osób w grupach kontrolnych.
Czyli nieważne, ile mamy sprawnych kończyn i dolarów (pod warunkiem, że nasze podstawowe potrzeby finansowe są zaspokojone; psycholog Ed Diener pokazał, że owszem, jeśli boimy się, że nie będzie nas stać na posiłki, przypływ gotówki wyraźnie poprawia nasze samopoczucie); szczęście jest w nas.
O tym samym mówi na przykład psycholog społeczny Jonathan Haidt w swojej książce Szczęście. Od mądrości starożytnych po koncepcje współczesne: „Podczas gdy poziom bogactwa w wielu zindustrializowanych krajach w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat podwoił się lub potroił, poziom deklarowanej szczęśliwości i satysfakcji z życia się nie zmienił; zwiększyła się za to liczba przypadków depresji” [przeł. K.L.]. Dobra materialne (w tym brak cellulitu czy łysiny) mają podłą przypadłość: przyzwyczajamy się do nich i przestajemy się nimi cieszyć (lub martwić ich brakiem). Jeśli istnieje klucz do szczęścia, to możemy go znaleźć tylko w naszym umyśle.
Trzecim sekretem, który Laurie Santos zdradza adeptom szczęśliwości, jest to, że liczy się praca, praca i jeszcze raz praca. Nie tylko nie ma bez niej kołaczy, nie ma też zadowolenia z życia. Tutaj Santos często wspomina o czymś, co nazywa „błędem G.I. Joe”. Nie oglądałam kreskówki G.I. Joe jako dziecko (moje wczesne dzieciństwo było czasem Reksia z rzadkim dodatkiem Smerfów), ale wiem, że rzeczony G.I. Joe zawsze pokazywał dzieciakom rozwiązania istotnych problemów (Co robić, kiedy ktoś zemdleje na stołówce? Jak się zachować, kiedy trzeba przejść przez jezdnię?). „Ach, teraz już wiemy, G.I. Joe!” – mówiły dzieciaki, na co on odpowiadał: „Wiedzieć to już połowa sukcesu” (Knowing is half the battle). Otóż nie, wiedzieć to nawet nie jedna trzecia sukcesu – mówi Laurie.
Bo co z tego, że wiemy, co nas uszczęśliwi, jeżeli nie mamy zamiaru tego wcielać w życie? Szczęście jest jak szczupła sylwetka, która znika, gdy tylko zarzucimy zdrowe nawyki żywieniowe, albo jak biceps, który nie przetrwa, jeśli rzadko będzie się widywał z ciężarkiem. Tylko ciągła praca nad własnym zachowaniem może nas do tego szczęścia skutecznie doprowadzić.
Czwarty sekret jest ostrzeżeniem: nie ufaj sobie. Psychologia demaskuje nasz umysł jako wroga własnej szczęśliwości: otóż w kwestii swojego dobrostanu jesteśmy zwyczajnie głupi i nie mamy pojęcia, co nas uczyni szczęśliwymi.
Szczęście jest jak szczupła sylwetka, która znika, gdy tylko zarzucimy zdrowe nawyki żywieniowe. Tylko ciągła praca nad własnym zachowaniem może nas do tego szczęścia skutecznie doprowadzić.
Wróćmy na moment do sekretu numer dwa: czy byłabym w stanie przewidzieć, że wielka wygrana na loterii uszczęśliwi mnie tylko na krótką chwilę? Nie, jestem głęboko przekonana, że moje życie stałoby się o wiele cudowniejsze, a ja bez końca, z uśmiechem na ustach, biegałabym po łące w zwiewnej szacie (od Valentino), sypiąc dookoła banknotami – niestety, mylę się; najpewniej siedziałabym ze skrzywioną twarzą, bo owa szata nie byłaby z najnowszej kolekcji (Czy moja służba potrafi w ogóle cokolwiek zrobić dobrze?), diamentowe buty by mnie obcierały, a słońce miałoby czelność świecić mi prosto w oczy.
Badaczka Elizabeth Dunn dowiodła zresztą, że im grubszy portfel, tym mniejsza zdolność cieszenia się drobnymi przyjemnościami, które są ważnym komponentem ogólnej szczęśliwości. Pewnie dlatego, że poczucie finansowej omnipotencji dewaluuje konkretne dobra, bo uświadamia nam, że możemy w przyszłości pozwolić sobie na nie raz jeszcze – ba, według Dunn nawet czekolada opakowana w papier ze zdjęciem dolarów smakuje trochę gorzej.
Błędy w ocenie tego, jak wpłyną na nasze samopoczucie rzeczy lub zdarzenia, są częścią niefortunnego okablowania naszego mózgu i określa się je, za psychologiem Danielem Gilbertem, błędami afektywnego przewidywania (ang. affective forecasting biases). Występują nie tylko wtedy, kiedy przeceniamy potencjalne komponenty szczęścia, ale i wtedy, gdy niesłusznie boimy się, że coś nas unieszczęśliwi (na przykład starość, która zresztą jest skorelowana ze stopniowym wzrostem poczucia szczęścia, przynajmniej – według badań profesora Daniela Mroczka z Uniwersytetu Fordham – do sześćdziesiątego piątego roku życia).
Psychologia demaskuje nasz umysł jako wroga własnej szczęśliwości: otóż w kwestii swojego dobrostanu jesteśmy zwyczajnie głupi i nie mamy pojęcia, co nas uczyni szczęśliwymi.
Gilbert odróżnia też „szczęście naturalne” od „szczęścia syntetycznego” – to pierwsze jest wtedy, gdy pragniemy czegoś, bo wierzymy, że to da nam szczęście, a potem to dostajemy (na przykład zamawiamy wielką bezę z malinami i przynoszą ją nam do stolika); syntetyczne szczęście jest wówczas, gdy nasze pragnienia się nie spełniają, a my zadowalamy się czymś w zamian („Proszę pani, są tylko śledzie”). Błąd hedonistycznego przewidywania sprawia, że jesteśmy przekonani, że tylko szczęście naturalne to prawdziwe szczęście. A tu niespodzianka: to syntetyczne, czyli niejako „wytworzone” przez nas w umysłowej manufakturze, bywa o wiele bardziej satysfakcjonujące i realne.
Gilbert w swojej książce Na tropie szczęścia przywołuje słynny przypadek Moreese’a Bickhama, który – niesłusznie oskarżony – spędził trzydzieści siedem lat w więzieniu. Czy był „naturalnie” szczęśliwy? Nie; na pewno nigdy nie wzdychał do życia za kratkami. Tymczasem po wyjściu na wolność powiedział „Nie żałuję ani jednej minuty. To było cudowne doświadczenie”. Jeśli chcesz być szczęśliwsza, przygotuj się do działania wbrew własnym inklinacjom – mówi Laurie; tylko nauka poprowadzi cię tam, gdzie instynkt nie może.
Dobre życie. Tylko jak to zrobić?
No dobrze, wiem już, że osiągnięcie sukcesu jest możliwe, jeśli będę nad sobą pracować, działając wbrew intuicji. Ale co konkretnie mam robić, jaką wykonywać pracę?
I tu recepta okazuje się zasadniczo dość prosta. Po pierwsze, mam spędzać czas z ludźmi. Santos wspomina często o badaniach Nicholasa Epleya i Juliany Schroeder z 2014 roku. Wyobraźcie sobie, że spośród podzielonych na trzy grupy użytkowników metra – ci z pierwszej mieli pogadać z jakimś współpasażerem po drodze do pracy, ci z drugiej mieli się nie odzywać do nikogo, a ci z trzeciej robić to, co zawsze – to przedstawiciele pierwszej grupy cierpieli najbardziej, myśląc zawczasu o swoim zadaniu. Ach, gdyby tak można było normalnie siedzieć w metrze, z nosem w telefonie lub gazecie! Tymczasem okazało się, że ci zmuszeni do zagadania czuli się o wiele, wiele lepiej niż reszta.
Spędzaj więc czas z ludźmi. Nawet przypadkowymi, w metrze. Efekt cię zaskoczy. W końcu podobno dlatego religijni ludzie są szczęśliwsi – nie sama wiara ich uszczęśliwia, ale częstsze spotkania w miejscach kultu.
Po drugie, mam pomagać innym. Badania wspomnianej Elizabeth Dunn dowodzą, że pieniądze mogą dać szczęście, ale głównie wtedy, gdy wydamy je na kogoś innego, nie na siebie. Kiedy pierwsza grupa dostanie dwadzieścia dolarów na własne wydatki, a druga po to, by sprawić komuś przyjemność, to ci z pierwszej oczekują, że poczują się lepiej, a ci z drugiej nie sądzą, by ich dobrostan wyraźnie się zwiększył. Tymczasem dzieje się dokładnie na odwrót (ha, nie ufaj sobie!) – ci, którzy fundują coś komuś innemu, są o wiele bardziej zadowoleni.
Po trzecie, mam mieć zdrowe nawyki. Spać tyle, ile trzeba; jeść porządnie i zdrowo, a poza tym ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Santos powtarza zwykle, że trzydzieści minut ruchu każdego dnia (każdego! Nad szczęściem trzeba się napracować!) to pod względem wpływu na psychikę niemal dokładny ekwiwalent zoloftu, znanego antydepresantu.
Po czwarte, mam praktykować wdzięczność. Dokładny mechanizm, dzięki któremu poczucie wdzięczności poprawia samopoczucie, nie jest znany, ale efekt jest niewątpliwie prawdziwy. Charlotte van Oyen-Witvliet dowiodła, że wdzięczni czują się nawet lepiej niż wybaczający, cierpliwi czy ci, którzy mają wysoki poziom samokontroli.
Po piąte, muszę nauczyć się żyć w danej chwili i wzorem duchowych mistrzów Wschodu uczyć się nie wybiegać myślą do przodu ani wstecz, tylko smakować moment obecny.
A po szóste, muszę mieć dużo wolnych chwil. Ludzie gonią za bogactwem materialnym, mówi Santos, podczas gdy tym, co tak naprawdę zwiększa ich poczucie szczęścia, jest inne bogactwo: bogactwo czasu. Kiedy studenci Yale przyszli na wykład Laurie o znaczeniu wolnego czasu dla samopoczucia, zostali odprawieni z instrukcją: spędź tę godzinę przyjemnie, potraktuj ją jako czas całkowicie wolny i zrób coś, na co masz ochotę.
Dla nadaktywnych, hiperwydajnych studentów Ivy League było to zadanie jednocześnie bardzo trudne i wyzwalające – ale badania po zakończeniu kursu wykazały, że ich samopoczucie wyraźnie się poprawiło. Mnie też się poprawi, jeśli pozwolę sobie na przerwę w pracy.
Taki dostaję przekaz z głównej kwatery szczęśliwości ludzkiej.
Złapani w trójkąt. Szczęście, dobrostan, nastrój
I to wszystko? – pytam z niedowierzaniem. Mam jeść lepiej i ćwiczyć, pomagać ludziom i rozmawiać z nimi, przypominać sobie o rzeczach, za które jestem wdzięczna, zwiększyć ilość wolnego czasu i… będę już szczęśliwa?
„No cóż – mówi Laurie – na pewno poczujesz się lepiej, jeśli naprawdę będziesz robić to codziennie”.
I tu po raz pierwszy zapala mi się ostrzegawcza lampka. Santos, jak zresztą większość współczesnych psychologów, w tym na przykład Gilbert i Dunn, czasem używa zamiennie pojęć happiness (szczęście) i wellbeing (dobre samopoczucie, dobrostan); niekiedy w ich wystąpieniach pojawia się też mood (nastrój). Kategorią, którą wyraźnie odróżniają od szczęścia w procesie badawczym, jest satysfakcja z życia (life satisfaction); ma ona być mniej zależna od chwilowego samopoczucia i powinna dotyczyć ogólnej oceny życia badanego, ale już kiedy przychodzi do wystąpień przed publiką, w ich narracji wszystko to się zbiega i nagle chodzi po prostu o to, że pewne rzeczy sprawiają, że czujemy się lepiej. Ready to feel better? głosi napis na facebookowym bannerze grupy dyskusyjnej podkastu Santos, The Happiness Lab.
Czy to problem? Dla mnie tak; lubię wiedzieć dokładnie, na co się piszę, zwłaszcza gdy czeka mnie ciężka praca, aby to osiągnąć. Poprawa nastroju jest rzeczą chwili, bo nastrój jest przemijającą dyspozycją, która na krótko zabarwia doświadczenie. Założę się, że przez część nocy opisani przez Bertranda Russella imprezowicze mieli naprawdę dobry nastrój – ale czy byli szczęśliwi, skoro na dnie kolejnego kieliszka czekały na nich pustka i poczucie winy?
Władysław Tatarkiewicz z właściwą filozofom szkoły lwowsko-warszawskiej spokojną rzetelnością tak pisał o stałości szczęścia: „Poczucie szczęścia obejmuje więc nie tylko przyjemny stan obecny, ale pozytywną ocenę przeszłości i widoków na przyszłość. Ta wielość jest istotą szczęścia. Obecny moment, niezależnie od tego, jak przyjemny, nie wystarcza, by zapewnić szczęście istocie wyposażonej w rozum, czyli takiej, która pamięta przeszłość i jest zainteresowana przyszłością” (z artykułu Happiness and Time opublikowanego w „Philosophy and Phenomenological Research” z 1966 roku, przeł. K.L.). Jasne, że badania psychologiczne nad szczęściem potrafią trwać wiele lat, ale zwykle w kolejnych punktach na osi czasu naukowcy zadają badanym to samo pytanie o chwilę: „Jak oceniłabyś swoje samopoczucie?”.
Podobnie odległy od „szczęścia” wydaje się „dobrostan”, pojęcie, które leży gdzieś na przecięciu zdrowia psychicznego i przyjemności. Są chwile (wieczór, moje dzieci się głośno bawią, nadchodzi burza), w których mój dobrostan jest kiepski – od wielu dni czuję się wykończona, tkwi we mnie melancholia – a jednocześnie, gdyby ktoś zapytał mnie „Jesteś szczęśliwa?”, odpowiedziałabym, że owszem, tak.
Od kategorii szczęścia bowiem intuicyjnie domagamy się takiego rodzaju stałości, który do pewnego stopnia transcenduje samą higienę psychiczną i wychodzi ponad poczucie, że zaspokojone zostały nasze najważniejsze potrzeby. Być może szczęście nawet nie zawsze takiej higieny wymaga, chociaż na pewno ma jakąś relację z przyjemnością. Dobrostan zaś jest po prostu aspiracyjną normą emocjonalną: rozgrywa się w górnych granicach „zwyczajnego” funkcjonowania.
Poczucie szczęścia obejmuje więc nie tylko przyjemny stan obecny, ale pozytywną ocenę przeszłości i widoków na przyszłość. Ta wielość jest istotą szczęścia.
Władysław Tatarkiewicz
Więc co tak naprawdę polepsza się dzięki strategiom zebranym z literatury badawczej przez Laurie – samopoczucie czy szczęście? Próbuję rozstrzygnąć tę kwestię, pytając podstępnie: „Jaka fikcyjna postać prowadzi według ciebie najszczęśliwsze życie?”. Santos jest wyraźnie skonfundowana tym pytaniem. Owszem, chętnie powie, jaka książka czyni ją szczęśliwą; w tej chwili najbardziej cieszą ją powieści Douglasa Adamsa (Autostopem przez Galaktykę i pozostałe części „pięciotomowej trylogii” kosmicznej, przy której faktycznie trudno nie podnieść sobie poziomu endorfin). Ale jaka postać prowadzi życie, którego powinniśmy pragnąć? „Może… Kubuś Puchatek?” – zastanawia się Santos, nieco zbita z pantałyku, i w końcu zarzuca pytanie, nie mogąc znaleźć dobrego przykładu.
Kubuś Puchatek akurat faktycznie dobrze śpi i porządnie je, dużo rozmawia z Prosiaczkiem i nie narzeka na brak wolnego czasu, ale – powiedzmy sobie szczerze – jest jednak Misiem-o-Bardzo-Małym-Rozumku. I jest to nie tyle fakt współistniejący z jego stylem życia, co owego stylu życia powód. Co inteligentniejsze zwierzęta w Stumilowym Lesie prowadzą życie o wiele bardziej naznaczone trudem psychicznym – muszą się na przykład (biedny Królik!) borykać z misiami, które bezmyślnie i samolubnie wyjadają im wszystko ze spiżarni, a potem nie mieszczą się w drzwiach i tkwią przez wiele dni z tylnymi łapkami w ich norze. Dobrze, że Królik wpadł chociaż na to, żeby wieszać na nogach Puchatka ręczniki.
Ten Kubuś zapala mi drugą lampkę kontrolną. Bo może pomieszanie samopoczucia (nastroju, przyjemności) ze szczęściem to nie jest przypadek, ale syndrom pewnej choroby kultury?
Dobro prywatne, dobro wspólne
Żeby nie było: każdemu polecam proponowane przez Laurie Santos techniki zwiększania swojego dobrostanu. Ale nie mogę nie zauważyć, że owe propozycje są całkowicie wyzute z kontekstu moralnego, który wydaje mi się dość istotny dla czegoś takiego jak szczęście. Tak, wiem, że wedle badań, na które powołują się Santos i inni, jedną z rzeczy podnoszących nas na duchu jest pomoc innym; wiem, że wśród jej zaleceń jest praktykowanie wdzięczności.
Ale istnieje oczywista różnica między mówieniem dziecku: „Nie bij Asi; nie powinno się używać przemocy!” a krzykiem: „Nie bij jej, bo się spocisz!” – i obawiam się, że studenci kursu Laurie, zasadniczo rzecz biorąc, otrzymują ten drugi rodzaj wskazówki. Nie dlatego, że Santos nie jest osobą moralną, ale dlatego, że moralna istotność pomocy jest poza zakresem jej zainteresowań (oczywiście do pewnego momentu; jeśli okazałoby się, że szczęściu sprzyja picie krwi niemowląt, Laurie pewnie nie wpisałaby tych praktyk do swojego sylabusa). Pomoc ma tu służyć dobremu samopoczuciu i dlatego jest polecana – jej wartość moralna jest dla poszukiwaczy szczęścia drugorzędna.
Samo w sobie nie jest to problemem; w końcu nie każdy musi się zajmować trudnymi sprawami dobra i zła. Ani fizyk, ani psycholog eksperymentalny nie muszą, a może i nie powinni być moralistami.
Może pomieszanie samopoczucia (nastroju, przyjemności) ze szczęściem to nie jest przypadek, ale syndrom pewnej choroby kultury?
Problem w tym, że Santos jest moralistką niejako z konieczności – niezliczone rzesze jej studentów, wliczając w to studentów zdalnych z całego świata, nie zapisują się na jej kurs z fascynacji psychologią eksperymentalną, ale przede wszystkim dlatego, że szukają wybawienia ze stresującego, niesatysfakcjonującego i pełnego poczucia zagubienia życia. Ona oferuje im to, co potrafi – i w jej osobie ujawnia się idealna z punktu widzenia kultury chwili konwergencja oferty i oczekiwań steranych rzeczywistością ludzi. Gdyby faktycznie była moralistką, na jej wykłady z pewnością nie byłoby tylu chętnych, z prostego powodu: w naszym świecie nie ma już miejsca na łączenie dobra prywatnego z dobrem wspólnoty.
Nam, kandydatom na uczniów Santos, po prostu nie mieści się w głowie, że dobre samopoczucie – czy wręcz szczęście – jednostki ma być powiązane ze szczęściem innych czy też ma być od niego zależne i że być może powinniśmy mieć je na uwadze. Myślimy o ludzkim życiu, w tym życiu psyche, prawie wyłącznie w kategoriach indywidualnego zdrowia, nie zaś wspólnego dobra.
Ale jak sądzę, w takim ujęciu gubimy gdzieś ważny i konieczny komponent szczęśliwości. Żeby wyjaśnić, co takiego nam umyka, przytoczę przykład z tekstu mojej nieżyjącej już mentorki, profesorki filozofii Amélie Rorty. Tekst nosi tytuł The Social and Political Sources of Akrasia (Społeczne i polityczne źródła akrasii, gdzie akrasia, z greckiego, oznacza zrobienie czegoś, mimo że jesteśmy przekonani, że nie powinniśmy tego robić) i zaczyna się portretem fikcyjnej Daemony.
Daemona, maklerka, ma trzydzieści wiosen i jest „dobrą koleżanką, córką i obywatelką; można na niej polegać, że zawsze wywiąże się ze swoich codziennych zobowiązań” [przeł. K.L.]. Co więcej, jest pobożną metodystką i odwiedzającą starszych ludzi wolontariuszką. Jest tylko jeden mały problem: Daemona, by zarobić pieniądze, niekiedy sprzedaje swoim naiwnym metodystom bezwartościowe obligacje, przekonując ich, że to świetna inwestycja. Nie robi tego, żeby utrzymać chore dziecko ani by kupić leki ojcu; robi to wyłącznie dla korzyści finansowych. Czy jej wstyd?
Owszem, czasami; bywa, że w nocy atakuje ją znienacka poczucie winy. Wie, że nie powinna tego robić. Ale wie też, że nie przestanie wciskać finansowych bubli naiwnym klientom, którzy nie są w stanie zrozumieć kupowanego przez siebie produktu. To cena jej sukcesu.
Dobra kobieta z małą niszą zła. Dziwne to, prawda? Ale z drugiej strony całkowicie normalne. Jesteśmy otoczeni ludźmi, których charaktery wydają się naznaczone przypadkowym rozcięciem; rozpadają się i nie da się ich porządnie skleić. Ba, sami jesteśmy takimi ludźmi zbudowanymi z niedopasowanych części – niektórzy z nas mają mnóstwo współczucia dla rodziny, a w pracy stają się twardsi od stali i czasem zaskakują bliskich stalowym błyskiem w oku; inni znów kochają zwierzęta, a zachowują się agresywnie wobec sąsiadów. Znam takich, którzy są perfekcyjnie rozsądni dopóty, dopóki nie zwęszą możliwości zarobku, i takich, z których nagle wylewa się niezrozumiała złość, choć nie cierpią na żadną przypadłość opisaną w podręcznikach. Bywają i cudowni kompani, którzy, nawet niejako wbrew sobie, zdradzą cię nagle, kiedy pojawi się szansa na zbicie punktów w mediach społecznościowych.
„Kiedy i jak ludzie tacy jak Daemona (…) doświadczają zniekształcania czy dezintegrowania charakteru, z własnej woli działając wbrew swojemu najlepszemu osądowi?” – pyta Rorty. I odpowiada: „Zmagania Daemony z akrasią (…) odzwierciedlają szerszy konflikt między instytucjami społecznymi i ekonomicznymi, które strukturyzują jej motywacje”. Innymi słowy, „jej akrasia wyraża napięcie między metodystycznymi ideałami społecznej posługi a atrakcyjnością bogatego i przyjemnego życia”.
To niejedyne napięcia w krajobrazie polityczno-społecznym, jakie wpływają na napięcia wewnątrz charakterów, są jeszcze „napięcia między kosmopolityczną miastowością a małomiasteczkowym domatorstwem; między obywatelskością a etnicznością”.
Dorzucę do tego napięcie między ideałami głębokich relacji a sposobami na kreowanie własnej marki na Twitterze i Facebooku albo między dobrymi stosunkami w rodzinie a wiernością dogmatom politycznym – dobrze znają to ostatnie ci, których rodzina głosuje nie tak, jak powinna.
Rorty zwraca uwagę na to, że dużą częścią cienia, którego ostrze kłuje mnie, Daemonę i większość z nas, jest rozłam, który ma miejsce poza nami i nie zmieni się wraz ze zmianą naszego nastawienia.
Jak żyć w dziesiątkach wersji siebie
U Arystotelesa szczęście – eudajmonia – oznaczało aktywne (umysłowo, politycznie, zawodowo) życie człowieka o dobrym, spójnym, „cnotliwym” charakterze, przeżywane w obrębie stabilnego miasta zorganizowanego wedle właściwych wartości.
Tak jak starożytni Grecy, również i my nie jesteśmy samotnymi wyspami; nasze dusze kształtowane są w ramach polityczno-ekonomicznych wspólnot współczesnego polis. Ale nasze polis jest niespójne i posklejane z gliny, piasku i żelaza; nic dziwnego, że trudno nam osiągnąć szczęście, skoro świat jest podzielony na podzbiory, z których każdy wymaga od nas bycia kimś zupełnie innym.
Rozumiecie, jaki jest problem Daemony? Nie może być całkiem szczęśliwa, bo toczą w niej walkę dwie sprzeczne wizje życia.
Z jednej strony jest maklerką, która powinna być bezlitosna, zorientowana na sukces, niesentymentalna; uczestniczy w instytucjonalnie opartym na zazdrości i chciwości późnym kapitalizmie.
Z drugiej strony – we wspólnocie religijnej uczono ją współczucia i miłosierdzia, postawy obywatelskiej. Każda z tych dróg wyklucza sukces w drugiej; próba podążania obiema naraz skazuje Daemonę na wieczne poczucie nieadekwatności i głębokie, nieusuwalne napięcie i stres. Czy Daemona mogłaby wybrać jedną drogę, podążać nią konsekwentnie i zostać rekinem z Wall Street albo po prostu dobrą metodystką?
Rorty obawia się, że to trudne, zwłaszcza że Daemona jest nie tylko metodystką i maklerką, ale także córką, przyjaciółką, obywatelką, kobietą i pracownicą; każda z tych ról – w społeczeństwie kiepsko uporządkowanym pod względem moralnym – może stać w sprzeczności z resztą.
Nic dziwnego, że trudno nam osiągnąć szczęście, skoro świat jest podzielony na podzbiory, z których każdy wymaga od nas bycia kimś zupełnie innym.
„Coraz bardziej widoczne i ostre konflikty między różnymi interesami społecznymi i zakładany rozdział sfery publicznej i prywatnej blokują możliwość wewnętrznej integracji – pisze Rorty. – Często dzieje się tak, że osoba, która próbuje zjednoczyć zróżnicowane i sprzeczne kierunki formowania nawyków charakteru przez rzeczywistość społeczno-ekonomiczną, może tylko dodać jeszcze jeden głos do kakofonii, jaką jest jej jaźń”. A gdyby jednak się udało? Owszem, to możliwe, ale nie udawajmy, że nie łączyłoby się to ze stratą – albo prywatną, albo finansową. Kakofonia jaźni w posiekanym świecie jest jednak jakimś rodzajem homeostazy.
Kiedy myślę o Daemonie, zaczynam widzieć, że większość mojego cierpienia powszedniego to wynik przeciągania liny między różnymi podzbiorami mojego istnienia w świecie społecznym.
Jestem matką, która żałuje, że nie jest bardziej pisarką, a więc czasem chce uciec od swoich dzieci; jestem autorką, która chciałaby być lepszą matką, dlatego nigdy nie zdoła napisać pewnych rzeczy – bo dzieci też przecież potrafią czytać, a poza tym matka nie ma prawa do niektórych myśli. Jestem samozwańczą kosmopolitką, która pragnie przynależeć do czegokolwiek, niech będzie i do narodu; i Polką, która się wstydzi polskości, bo jest przecież światowa. Jestem kobietą, więc chcę wzbudzać pożądanie; jestem już w wieku średnim, w którym trochę mi się nie chce, a poza tym nie wypada.
Tych napięć jest masa i w rezultacie w żadnym podzbiorze świata nie czuję się u siebie; moją jedyną nadzieją jest utworzenie różnych kukiełkowych osobowości, które wyciągam, kiedy przychodzi ich moment. Oszukuję metodystów i odwiedzam samotne staruszki. Nic dziwnego, że zachowuję się jak znajomi Russella: kiedy za dużo wypiję, zaczynam łkać, że zawiodłam swoją matkę.
Szczęście – także sprawa polityczna
Jak to się ma do szczęścia? Santos, Gilbert czy Dunn nie zauważają (bo nie muszą), że szczęście to sprawa nie tylko osobista; to także sprawa polityczna. Niekoniecznie dlatego, że polityka powinna dbać o nasz dobrobyt materialny i sprawiać, że pociągi jeżdżą na czas, dzieci otrzymują godziwą edukację, a każdy ma dobrą pracę. Raczej dlatego, że podmiotem szczęśliwości może być tylko ktoś, a nie zlepek różnorakich ktosiów. I ta spójność wewnętrzna, ta jedność charakteru nie może się ziścić, kiedy w pracy dobrem jest X, a w domu dobrem jest Y; kiedy szkoła zupełnie różni się od innych instytucji, a instytucje od siebie nawzajem; kiedy dobre dziecko jest kiepskim szefem, a wzorowy uczeń fatalnym pracownikiem.
Kluczem do szczęśliwości jest nie tylko indywidualistyczne stosowanie poprawiających nastrój strategii, lecz także zapewnienie nam wszystkim środowiska, w którym wartości i cele są jako tako zintegrowane, a więc pozwalają na wykształcenie spójnej (również na osi publiczne–prywatne) tożsamości. I tak właśnie wspólna moralność przynosi osobiste szczęście.
Tymczasem jesteśmy, jak śpiewał Fisz, polepieni. I w tym polepionym stanie jedno, co nam się może udać, to nie arystotelejska eudajmonia, nie szczęście, ale lepsze samopoczucie, mniej płakania w poduszkę, trochę mniej wypalenia, ciut mniej stresu. Aby to osiągnąć, z całego serca polecam więcej snu, rozmawianie z ludźmi w metrze, wieczorną litanię wdzięczności, czas wolny i ćwiczenia. Będzie nam po prostu lepiej. Kto nie wierzy, niech zapyta Kubusia Puchatka.
Eseje w „Piśmie” powstają przy wsparciu Fundacji Jana Michalskiego.


Esej ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn Opinii” (8/2022) pod tytułem Szczęście polepionych.